Z pewnością każdy człowiek nieraz marzył o podróżowaniu w czasie. Nie ma chyba istoty ludzkiej, która nie pragnęłaby cofnąć się wstecz i zmienić jakieś wydarzenie w swym życiu lub też podejrzeć, co będzie się działo w przyszłości. Jak dotąd podróże w czasie były wyłącznie domeną fantastyki, jednak najnowsza fizyka wcale nie zaprzecza możliwości takich wojaży. Co więcej – podaje nawet kilka pomysłów, jak można by tego dokonać! Niestety, opierają się one przeważnie na hipotetycznych założeniach.
Teoria Einsteina, na której opiera się współczesna wiedza fizyczna, łączy czas i przestrzeń w nierozdzielną całość. A skoro możemy pokonywać przestrzeń w obu kierunkach (co większość z nas robi codziennie, na przyklad podczas podróży do pracy i z powrotem do domu), to dlaczego by i czas nie miałby być nie do przemierzania? I to w obu kierunkach?
Pomijając mity i legendy oraz powieści fantastyczne (jak na przykład świetny „Wehikuł czasu” Wellsa), pierwsza poważna koncepcja naukowa kłóciła się z zasadami fizyki. Opracował ją w 1937 Van Stockum, który wpadł na pomysł stworzenia nieskończonej, wirującej bryły w kształcie walca. Gdyby obracała się ona z prędkością światła, pociągnęłaby za sobą strukturę czasoprzestrzeni. Porwany przez wir człowiek mógłby pędzić z niewiarygodną prędkością, a co ważne – gdyby wykonał pełne okrążenie, przybyłby do punktu startu przed momentem wyruszenia! Jeśli start nastąpiłby o 13., to powrót miałby miejsce – powiedzmy - o 11. Co więcej, wykonując kolejne okrążenie dookoła nieskończonego walca przybyłby na punkt startu o 9. Potem o 7., 5., 3., 1., o 23. dnia poprzedniego i tak dalej, cofając się coraz bardziej w czasie. Jednak nie można zbudować obiektu o nieskończenie wielkiej długości, więc ta teoria odpada.
W latach kolejnych pojawiały się następne teorie, jednak żadna z nich nie spełniała kryteriów ustalonych przez Einsteina. 54 lata po pomyśle Van Stockuma, J. Richard Gott III podał całkiem ciekawą koncepcję cofania się w czasie. Tu jednak wchodzi w grę element hipotetyczny, a mianowicie superstruny. Proszę nie mylić ich ze strunami (hiperstrunami), o których pisałem przy okazji pierwszego swojego artykułu i które mają mieć rozmiar 10-33 centymetra. Kosmiczne superstruny są potężne – choć mogą być mniejsze niż jądro atomu, to jednak ich długość rozciąga się na niewyobrażalne długości milionów lat świetlnych! Nietrudno więc dojść do wniosku, że mają one olbrzymią masę, równą nawet ciężarowi największych znanych nam gwiazd. Gdyby ktoś był w stanie wziąć te dwie superstruny i wystrzelić ja na siebie, to nim zderzyłyby się, zostałyby wykorzystane jako wehikuł czasu. Jak to możliwe? Otóż czasoprzestrzeń wokół miejsca kolizji skurczyłaby się i pojazd kosmiczny okrążający jedną z nich (czyli początek jednej lub drugiej) mógłby osiągnąć prędkość większą od prędkości światła! Zwykle jest to niemożliwe – im większa szybkość, tym większa masa ciała, zaś przy przyświetlnych byłaby już ona nieskończenie wielka, co jest niemożliwe) – jednak we własnym układzie odniesienia statek nie przekroczyłby nigdy tej prędkości! Byłby to zgrabny sposób ominięcia naturalnych barier rzeczywistości, jednak są to tylko czcze teorie – nigdy nikt nie spostrzegł superstruny, choć ogólna teoria względności ani równania Einsteina nie zaprzeczają możliwości jej istnienia. Dlatego też z rozwojem tej koncepcji trzeba jeszcze poczekać
Teraz kolejny sposób, który opiera się na innych hipotetycznych obiektach, jednak całkowicie odwrotnie niż superstruny, są one malenkie. To tachtiony, dość niezwykłe elementy rzeczywistości (o ile w ogóle istnieją), które poruszać się mogą WYŁĄCZNIE z prędkością ponadświetlną, czyli szybkość światła jest dla nich najmniejszą możliwą!
Na ich trop naukowcy wpadli dzięki pewnym rozwiązaniom równań szczególnej teorii względności. Wedle nich tachtiony poruszałyby się w czasie WSTECZ, a dodatkowo, zderzając z atomami, jeszcze nabierając szybkości. Jakby więc je wykorzystać? Po prostu wykonać napęd tachtionowy, dzięki czemu poruszalibyśmy się w czasie „do tyłu”. Problem jednak w tym, że ciało fizyczne nie może osiągnąć prędkości światła – jak wspomniałem przed chwilą - więc nie wiadomo, jakby pojazd spisywałby się w praktyce.
Co by jednak się działo, gdyby w ten czy inny sposób udało się skoczyć do przeszłości? Logiczną konsekwencja takiego czynu byłaby jej zmiana, a co za tym idzie – inna teraźniejszość. Przypuśćmy, że udajemy się pod Waterloo i wręczamy Napoleonowi kilkadziesiąt karabinów maszynowych dla jego wojsk. Z pewnością nie poniósłby klęski, jednak świat wyglądałby dziś zupełnie inaczej. Tu istnieją rozmaite hipotezy, które można „od siekiery” pogrupować w dwóch zestawach. Pierwszy – zmieniając przeszłość tworzymy rozgałęzienie czasu, podobne do tego, jakie opisywałem w artykule „Miliardy możliwości, miliardy rzeczywistości”. Gdy wręczmy wspomniane karabiny i wrócimy do roku 2010, może okazać się, że nie ma Unii Europejskiej, ale olbrzymie Stany Zjednoczone Francji, ciągnące się od Syberii po Atlantyk. Jednak możemy równie dobrze wrócić do znanego nam świata – co byłoby swoistym rodzajem „cenzury” dokonywanej przez prawa fizyki. Stworzylibyśmy nową gałąź czasu, jednak wrócić moglibyśmy wyłącznie do swojej. Tego typu cenzura to drugi zestaw hipotez. Mamy tu między innymi teorię, że wehikuł czasu mógłby przenieść nas wstecz wyłącznie do MOMENTU JEGO POWSTANIA. Po prostu tworząc tak niezwykłe urządzenie kreujemy od razu granicę, poza którą przedostać się nie można. Inny rodzaj cenzury to cofanie się w czasie ale wyłącznie w charakterze „obserwatorów”, czyli stajemy się czymś w rodzaju „duchów” - możemy wyłącznie obserwować, ale jakakolwiek ingerencja nie jest możliwa.
Podróże w czasie to temat-rzeka, który zasługiwałby nie tylko na jeden artykuł, ale na kilka opasłych tomów, gdzie można by podać bardziej szczegółowo koncepcje i hipotezy. Niestety, póki co wątpliwym jest, abyśmy byli w stanie opanować technologię „chronomocji”, dlatego też zamiast myśleć o hipotezach i o tym, jak dobrze byłoby skoczyć w czasie wstecz i zmienić wydarzenia ze swojego życia, myślmy raczej o tym, aby kierować nim tak, by nie mieć w przyszłości czegokolwiek żałować.
Henryk Tur













