PREHISTORIA. Odkrycie obozowiska ludzkiego sprzed kilku tysięcy lat, czyli archeologiczna tajemnica Puchaczych Skał
Jakiś czas temu pewien lis, mieszkający na terenie Ojcowskiego Parku Narodowego kopał norę u podnóża wzniesienia zwanego Puchaczymi Skałami, wraz z ziemią wydobył na powierzchnię sporo znalezisk archeologicznych - kawałki naczyń, wyroby krzemienne, przepalone kości.
Odsłonięte przedmioty zauważył pracownik parku i zawiadomił archeologów z Uniwersytetu Jagiellońskiego i krakowskiego Muzeum Archeologicznego. W ten dość przypadkowy sposób badacze natrafili na niezwykle ciekawe stanowisko, które - jak się okazuje - przynieść może wiele zaskakujących ustaleń.
- Gdy udaliśmy się na wskazane miejsce w Ojcowie, naszym oczom ukazała się wysoka na ponad czterdzieści metrów, prawie pionowa skała z dużym pęknięciem ciągnącym się od szczytu do samego dołu. Pęknięcie wypełnione było ziemią i porośnięte krzakami. To właśnie u jego podnóża lis wykopał znaleziska. Wszystko wskazywało na to, że zabytki archeologiczne razem z ziemią były stopniowo spłukiwane skalnym wąwozem w dół przez deszcze - wyjaśnia Albert Zastawny, archeolog z Muzeum Archeologicznego w Krakowie, który razem z Maciejem Nowakiem z UJ kierował pracami w Ojcowie. Zabytków wykopanych przez lisa było aż czterysta(!), sprawa wymagała więc szybkiego działania. Wojewódzki Konserwator Zabytków znalazł fundusze, a dyrekcja Parku wyraziła zgodę na przeprowadzenie badań. Archeolodzy wyznaczyli miejsce wykopalisk u stóp Puchaczych Skał i rozpoczęli prace.
Archeologia ekstremalna
Warunki eksploracji były dość trudne. Wypełniony ziemią i próchnicą wąwóz wznosił się stromo w górę i stopniowo zwężał - z czterech metrów szerokości u dołu do jednego przy szczycie. Nachylenie stoku wynosiło od 30 do miejscami nawet 45 stopni. Archeolodzy rozpoczęli prace na samym dole i starali się je prowadzić bardzo ostrożnie, pamiętając o możliwości osunięcia się gruntu. - Z terenu Jury Ojcowskiej znane są przypadki śmiertelnych wypadków podczas badań archeologicznych. W 1919 roku jeden z robotników zginął przysypany ziemią w wykopie, a badania przerwano - mówi Albert Zastawny. Archeolodzy stopniowo wcinali się w stok starając się trzymać poziom i odsłaniać skały. Z wybieranej ziemi usypywali na dole wał, który miał być ochroną przed ewentualnym osunięciem się górnych warstw. Analiza zebranego materiału pokazała, że ze szczytu Puchaczych Skał spłynęło na dół około 1,5 metra ziemi, niosąc ze sobą materiał archeologiczny. Badacze znaleźli m.in. kamienne siekiery, wiele krzemiennych elementów służących jako narzędzia (np. ostrza sierpów), całe mnóstwo fragmentów naczyń oraz ciekawą ozdobę z kości. Wykonano ją z kości długiej zwierzęcia wielkości konia lub krowy (trudno to ustalić, bo kość została silnie przepalona w ogniu). Kościany kawałek ozdobiono płytko nawierconymi wgłębieniami w dwóch rzędach, a na jego końcu wywiercono dwa otwory, przez które przewlekano sznurek. Była to albo zawieszka, albo okładzina jakiegoś narzędzia, bo wewnątrz kości widać wyraźne ślady tarcia. - To bardzo ciekawy i rzadko spotykany zabytek - podkreśla kierownik badań. Krótkie i na niewielką skalę prowadzone badania przyniosły aż tysiąc sto rozmaitych znalezisk! Łącznie z odkopanymi przez lisa, eksponatów jest około tysiąca pięciuset.
Osada na szczycie
- Wygląda na to, że było tu obozowisko sprzed 4-5 tysięcy lat, wykorzystywane głównie w związku z naturalnym bogactwem Doliny Prądnika, czyli złożami krzemienia. Mieszkali w nim prawdopodobnie ludzie zajmujący się obróbką tego kamienia. Obrobione całkowicie lub częściowo narzędzia krzemienne trafiały później do osad w dolinie Wisły - między innymi na terenie dzisiejszej Nowej Huty, zamieszkiwanych przez przedstawicieli dwóch społeczności neolitycznych - malickiej, od Malic pod Sandomierzem, i badeńskiej, od miejscowości Baden na południe od Wiednia. Okolice dzisiejszego Ojcowa były dla nich zapleczem surowcowym. Tu przybywano po krzemień, na miejscu częściowo go obrabiano i wracano do stałych osad nad Wisłą - wyjaśnia Albert Zastawny. Jednak ten utrwalony w badaniach obraz burzą nieco wyniki ostatnich wykopalisk. - Materiał, który znaleźliśmy wskazuje, że miejsce to wcale nie było zamieszkiwane sezonowo, a raczej na stałe. Wydobyliśmy bowiem fragmenty naczyń, które powszechnie spotyka się na wspomnianych osadach nadwiślańskich. Były to duże naczynia zasobowe do przechowywania zboża o średnicy wlewu 40-50 centymetrów. Tak wielkich naczyń nie opłacało się po prostu nosić ze sobą - podkreśla archeolog. Za stałym zamieszkiwaniem Doliny Prądnika przemawiają także inne znaleziska: przęśliki tkackie, czyli ciężarki zawieszane na krosnach (nie spotyka się ich nigdzie indziej, jak tylko w stałych osadach), oraz tzw. polepa, czyli grudki przepalonej na pomarańczowo gliny lessowej, w której odbiły się ślady plecionkowych ścian. A zatem na Puchaczych Skałach musiały stać drewniane chaty...
Podróż w czasie
Do Doliny Ojcowskiej archeolodzy wrócą jesienią. Wąwóz zostanie zbadany do końca (albo chociaż do miejsca, do którego uda się wspiąć archeologom), a następne prace przeniosą się na szczyt Skał. Tam Albert Zastawny spodziewa się najciekawszych i jeszcze liczniejszych znalezisk. Czas nagli, bo deszcz i wiatr nieustannie dokonują degradacji tego miejsca, wypłukując i przesuwając warstwy ziemi. - Dolina Prądnika to obszar o prawie 140-letniej historii badań archeologicznych. Eksploracja rozpoczęła się tam w latach 70. XIX wieku. To jeden z kilku obszarów, na których narodziła się polska archeologia terenowa. W 1898 r. Stanisław Czarnowski przeprowadził badania jaskini znajdującej się u podstawy Puchaczych Skał. Powtórzono je później w latach 60. XX wieku. Teraz my wracamy w to miejsce i kontynuujemy jego archeologiczną historię. Być może uda się nam wyjaśnić, czy całe Puchacze Skały - z jaskinią, wąwozem i osadą na szczycie - nie stanowiły aby niegdyś jednego kompleksu mieszkalno-gospodarczego. Jeśli potwierdzą się nasze przypuszczenia o istnieniu tu drewnianej zabudowy sprzed 5 tysięcy lat, będzie można powiedzieć, że historia zabudowań dzisiejszego Ojcowa rozpoczyna się właśnie tutaj - na Puchaczych Skałach - mówi Albert Zastawny.
Paweł Stachnik
pawel.stachnik@dziennik.krakow.pl













