HISTORIE Z PARAGRAFEM
Ma 42 lata i resztę życia spędzi w więzieniu. Niski, szczupły, ale podobał się kobietom. Pisał do nich piękne, pełne wyznań miłosnych listy, obiecywał "złote góry". Zdaniem sądu klasyczny oszust matrymonialny i znakomity manipulator. Ma na koncie trzy morderstwa.Mirosław C. po raz pierwszy zabił na początku lat 90. - dwóch homoseksualistów na Śląsku. Zwłoki jednego z nich zakopał. Trafił za to na 15 lat do więzienia. Na wolność wyszedł w lutym 2005 r. i już po miesiącu dokonał pierwszego przestępstwa.
- Na stałe mieszkał w Chorzowie, ale jeździł po całej Polsce. Oszukiwał i okradał kobiety, które poznawał, dając ogłoszenia matrymonialne w prasie. Wybierał wyłącznie "ustatkowane", które mogły mieć jakiś majątek. Udawał grzecznego, majętnego i zakochanego. Raz stwierdził, że jest pracownikiem tajnych służb i poprosił o pożyczkę na zakup telefonu. Kobiety mu ufały - opowiadają śledczy, którzy prześledzili życiorys Mirosława C. W ten sposób poznał 53-letnią Bożenę S., skromną urzędniczkę ZUS-u z Wadowic. Kobieta uchodziła za osobę skrytą, jej współpracownicy niewiele o niej wiedzieli. Tylko tyle, że jest samotna, mieszka z matką, ale ma też swoje mieszkanie na innym wadowickim osiedlu. W grudniu 2006 r. zaczęto ją jednak widywać w miejscowych kawiarniach z nieznanym mężczyzną.
- Był elegancki, czysty, z hiszpańską bródką. Mógł się podobać. Wyglądało na to, że Bożena ma wobec niego poważne zamiary. Zawrócił jej w głowie - mówi znajoma Bożeny. Podał jej fałszywe dane, przedstawiając się jako "Michał". Chwalił się, że jest bogaty, że ma dom pod Bielskiem, że właśnie odziedziczył duży spadek. Obiecywał, że po jego sprzedaży pojadą razem na wycieczkę do Dominikany. Miał jej też pomóc w remoncie mieszkania. Przed świętami Bożego Narodzenia 2006 r. Bożena postanowiła przedstawić go matce. 17 grudnia zjawili się u niej na obiedzie. Starszej pani nowy partner córki jednak nie przypadł do gustu. - Od początku wydał mi się jakiś podejrzany. Bałam się, że to złodziej, ale do głowy mi nie przyszło, że okrutny morderca - mówiła później w śledztwie Helena S.
Po raz ostatni widziała córkę cztery dni później. Po południu "Michał" przyjechał do Wadowic autobusem i przyszedł prosto do jej mieszkania. Czekał aż Bożena skończy pracę. Tam się spotkali i razem wyszli od pani Heleny około godz. 18.30. Następnego dnia urzędniczka nie pojawiła się w pracy, a jej telefon zamilkł. Zaniepokojona matka zaalarmowała syna, a ten zgłosił zaginięcie na policji i na własną rękę rozpoczął poszukiwania siostry. 23 grudnia rozwiercił zamki w drzwiach jej mieszkania i dostał się do środka. Nie zastał tam nikogo, ale na podłodze leżała torebka Bożeny. Nie było w niej komórki, portfel był pusty. Zaczął skrupulatnie przeszukiwać mieszkanie. Zwłoki siostry znalazł w wersalce. Okazało się, że przyczyną śmierci było uduszenie gwałtowne przez zadławienie.
Mirosław C. na listę podejrzewanych trafił już po kilku godzinach od rozpoczęcia śledztwa. Dzięki korespondencji mailowej ustalono jego prawdziwe personalia, dokładny adres i rysopis. Problemem było jednak jego ujęcie, bo nie pokazywał się w Chorzowie. Policja zdecydowała się na prowokację. Jedna z krakowskich policjantek nawiązała z nim kontakt przez internet i zaproponowała spotkanie na katowickim dworcu kolejowym. Przyjechał tam pociągiem. Po krótkiej rozmowie ruszyli do jego mieszkania. Policjantkę cały czas dyskretnie obserwowali jej koledzy. Wkroczyli do akcji tuż przed wejściem do mieszkania Mirosława C. Był tak zaskoczony, że nie stawiał żadnego oporu. Już podczas pierwszych przesłuchań przyznał się "do czynu, którego wynikiem była śmierć" Bożeny, zaprzeczał jednak, że było to jego zamiarem. Twierdził, że chciał ją tylko okraść. Podobne wyjaśnienia złożył w sądzie. Z jego relacji wynikało, że już na pierwszym spotkaniu z Bożeną zauważył, że nie ma ona "szczególnych" kosztowności, dlatego postanowił wzbudzić w niej zaufanie i namówić do zakupu na raty notebooka, którego chciał ukraść i sprzedać. Przekonywał ją o możliwości częstego kontaktu przez internet i uważał, że była już bliska podjęcia takiej decyzji. Feralnego wieczoru, gdy pili wino, nagle jej jednak oświadczył: "Masz być cicho, robić co każę, bo inaczej przyjdą tu moi kumple, którzy czekają pod blokiem". Kobieta zareagowała krzykiem: wołała, że jest bandytą, że zaraz przyjdą jej sąsiedzi. Wtedy zatkał jej usta i złapał za szyję. Miał jej powiedzieć, żeby była spokojna, to ją puści, ale znowu zaczęła krzyczeć. Chwycił ją więc za szyję zdecydowanie mocniej i dociskał do wersalki przez kilka minut. Kiedy przestała walczyć, skrępował ciało taśmą przeźroczystą i schował je do wersalki.
Z mieszkania zabrał mini-wieżę, telefon komórkowy, 2 srebrne pierścionki, 3 lalki, 4 zegary i 25 zł. Wieżę zastawił w lombardzie, komórkę sprzedał przypadkowej osobie, a resztą rzeczy policja znalazła w jego mieszkaniu. Za to zabójstwo w marcu br. Sąd Okręgowy w Krakowie skazał go na dożywocie. - Należy całkowicie izolować demoralizowanego oskarżonego od społeczeństwa - podkreślał sędzia w uzasadnieniu wyroku. Dlatego Mirosław C. o warunkowe, przedterminowe zwolnienie będzie się mógł zacząć starać dopiero po 35 latach pobytu za kratkami. Jest szansa, że już nikogo nie skrzywdzi. W innym procesie udowodniono mu kilkanaście kradzieży i oszustw (w latach 2005-2006), za które otrzymał 10-letni wyrok. Oszukiwanie kolejnych kobiet przychodziło mu łatwo, bo, jak zauważył sąd, jest wirtuozem kłamstwa.
Ewa Kopcik













