BUSZKOWICE. W dziejach wsi zapisane są nazwiska Ligęzów, Krasickich, Trawińskich, Korniaktów i Sapiehów
Okolice Przemyśla są wyjątkowo szczodre dla krajoznawcy: burzliwość dziejów sprawiła, że w którą stronę człowiek by się nie zwrócił, wszędzie znajdzie coś ciekawego. Weźmy za przykład Buszkowice.
Przez tę wieś w gminie Żurawica (pieczętującej się, jak na miejscowość o takiej nazwie przystało, rysunkiem żurawia - rzecz jasna ptaka, a nie elementu archaicznej studni) przejeżdża każdy, kto chce obejrzeć wielkiej urody arboretum w Bolestraszycach (względnie znajdujący się w tejże wsi poaustriacki fort Salis Soglio, sławny z tego, że dwóch rosyjskich oficerów przeżyło 8 lat w uwięzieniu pod jego gruzami!), mało jednak kto robi tam sobie popas. Oczywiście, z cenioną w całej Europie kolekcją roślin i drzew Buszkowice konkurować nie mogą, na minięcie bez refleksji jednak także nie zasługują.
Buszkowice to wieś, w dziejach której zapisane są nazwiska najpierwszych rodów dawnej ziemi sanockiej i przemyskiej: Ligęzów (mieli tam obronny dwór), Krasickich (jeden z nich, Jan, watażka niemały, w 1600 r. napadł na majątek i zabił właściciela, Stanisława Ligęzę), Trawińskich (najbardziej znanych jako stronnicy osławionego Diabła Łańcuckiego, czyli Stanisława Stadnickiego), Korniaktów (nobilitowanych potomków ormiańskich kupców), Sapiehów (z książęcą mitrą w herbie).
Istniała już na początku XVI stulecia, rozwijała się na tyle, na ile życzyli sobie tego właściciele, i na ile pozwalała bliskość wielkomiejskiego od zarania niemal dziejów Przemyśla.
Największe zagrożenie bytu wisiało nad Buszkowicami na przełomie XIX i XX wieku - podczas tworzenia systemu obronnego Twierdzy Przemyśl rozważano nawet zniesienie wsi z powierzchni ziemi, ażeby odsłonić przedpola fortów; skończyło się jednak szczęśliwie, ocaleniem. W latach I wojny Buszkowice skorzystały nawet na istnieniu umocnień - kiedy na skutek rosyjskiego ostrzału przestało istnieć lotnisko w Żurawicy, wojsko austriackie przeniosło się ze swymi aparatami latającymi na pola tej wsi: urządzono tam "stację obsługi" balonów zwiadowczych.
Przez wieki Buszkowice były typową wsią pograniczną, gdzie dominujący żywioł rusiński, inaczej ukraiński, sąsiadował (a i mieszał się, jak najbardziej...) z żywiołem polskim. Jako, że ci pierwsi byli zawsze liczniejsi nie może dziwić fakt, iż jedyną istniejącą we wsi świątynią, jest właśnie dawna cerkiew pod wezwaniem Opieki Matki Boskiej. Ta filia greckokatolickiej parafii w Żurawicy powstała w 1900 r. - ponoć na miejscu znacznie starszej świątyni, o której jednak niczego dokładnego nie wiadomo (poza tym, że towarzyszyła jej drewniana dzwonnica, zachowana na cmentarzu: jej powstanie datowane jest na XVIII wiek). Zgodnie z wolą budowniczych służyła do końca II wojny światowej; zmiany, jakim z woli polityków różnej maści poddawano ziemie na pograniczu państw i kultur, spowodowały, że gospodarze zmienili przymusowo adresy (na ZSRR) - a osieroconą cerkiew przejęła łacińska kuria w Przemyślu i zaadaptowała na kościół.
Odziedziczona po wysiedlonych sąsiadach murowana cerkiew na planie krzyża greckiego zmieniła więc tytuł - nosi wezwanie do Najświętszej Marii Panny Królowej - i cztery lata temu częściowo kształt (po rozbudowie wydłużono frontalną część, dołożono też transept); ale poza tym jest dobrze utrzymana i należycie zaświadcza o stosunkach narodowościowych z przeszłości.
Inną pamiątką jest zmarniały budynek (choć zwą go dworem, był kiedyś siedzibą sapieżyńskiej administracji dóbr) - bo po najciekawszym bodaj obiekcie, jakim był lotnisko, śladów brak.
(WALD)
http://www.dziennik.krakow.pl/pl/magazyny/podroze/1055143-ziemia-dwoch-zywiolow.html,,0:pag:2#nav0














