Miedzy wzgórzami Lizbony
Kiedyś, w dzisiejszej Portugalii, Rzymianie nazwali te prowincje Luzytania a stolice wyznaczyli w miejscu idealnym: Atlantyk leży 25 km od Lizbony, szeroka rzeka Tag rozlewa się tu w bardzo szerokie jezioro. Punkt idealny, aby wybudować naturalny port. Tak tez się stało. Lizbona, stolica Portugalii, leży niebywale atrakcyjnie topograficznie.
W dodatku ma siedem wzgórz tak jak Rzym. A wspomniany spokojny port oddalony bezpośrednio od Atlantyku też musiał się kojarzyć Rzymianom z ich wspaniałą stolicą -ojczyzna nad Tybrem: Rzym tez celowo nie jest portowym miastem, lecz leży oddalony wiele kilometrów od brzegu. To była antyczna strategia: założyciele wielkich metropolii bali się nagłych ataków pirackich!
Siedzę w wagonie metra, by dojechać do dworca Orient. Nasz zestaw pociągowy wyjeżdża nagle nad ziemie miedzy stacjami „Olaias“ (wymowa „u-LA-jasz“) oraz „Bela Vista“ (co znaczy „Piękny Widok“ i wymawia się „BE-la WI-szta“). Ale przez 25 sekund patrzenia się przez okno, stwierdzam, iż widok nie jest piękny. Widzę niemal „favelas“, czyli po portugalsku slumsy: ludzie krzątają się wokół nędznych baraczków, skleconych z blachy i desek. Przypomina to domki na biedniutkich ogródkach działkowych. Przypomina mi się wyprawa do Brazylii... Wyobrażam sobie tam warunki higieniczne! Te niespodziane slumsy tkwią w dolince miedzy dorodnymi wieżowcami na okolicznych wzgórzach. Wysokościowce stoją 250 m od baraczków.
Po odwiedzeniu atrakcji wokół dworca Oriente, czyli „Wschodniego“ wracam tez metrem do centrum. Śródmieście w Lizbonie to plac Rossio, gdzie postanawiam wypić kawę w „Pastelaria Suiça“, czyli w „Cukierni Szwajcarskiej“. Ale zanim do niej dojdę, przechodzę po chodniku wokół ludzi, stojących pasywnie za zabawkami poruszającymi się nader aktywnie. Są to osiołki, kangurki, krowy i zajączki z pluszu, które zaopatrzone są w baterie. Mężczyźni w średnim wieku, ćmiąc papierosy, usiłują je sprzedać, zerkając apatycznie na podskoki zwierzątek. Kobieta o wietnamskiej twarzy, stojąca obok, pragnie sprzedać rękawiczki, rozłożone na plastikowej płachcie. W Lizbonie panuje zima, w południe jest teraz ledwie 19°C... Starsi panowie z krawatami, siedzący nieopodal na krzesełkach, sprzedają losy. Jakoś trzeba dorobić do niewielkiej emerytury...
Na zewnątrz „Szwajcarskiej“ jest wolny stolik. Siadam wygodnie w słońcu, niemal na trotuarze. Tłumy tubylców i turystów przechodzą mimo. Zamawiam espresso, które tu się nazywa „a bica“. Zanim kelner mi je przyniesie, podchodzi żebraczka Rumunka z dzieckiem, potem młoda Cyganka bez dziecka, następnie stara Portugalka, wszystkie prósząc o jałmużnę. Konkurencja nie śpi: podchodzą do mnie porządnie ubrani mężczyźni, oferujący okulary słoneczne. Jak tu siedzieć spokojnie, obserwując elegancka fasadę Teatru Narodowego? Jak chcieć zredukować problemy społeczne w kraju, będącym od 1986 roku członkiem Unii Europejskiej? Dla turysty wciśniętego w kawiarniany stolik, trudny orzech do zgryzienia!
Wiem co mnie czeka, kiedy przejdę na druga stronę tego pięknego placu. Po drugiej stronie, opartej o następne wzgórze, w kierunku dzielnicy Chiado, siedzi od lat żebrak, którego twarzy nie można zapomnieć. Właściwie nie znam jego twarzy. Jest zakryta przez niesamowita egzemę. Jego twarz jest pokryta w ¾ jakby napuchniętymi naroślami. Są ciemno-rózowe, raczej fioletowawe, okropne. Zwisają mu od czoła, nad nosem, przy nosie, wokół policzków jak wytwory dyndające u głowy indyka. Straszne! Wszyscy się odwracają, trącają znacząco, przystają zaskoczeni. On siedzi nieruchomo, łypiąc jedynym widocznym okiem, zawsze od lat w tym samym miejscu, na występie witryny, miedzy kawiarnia a księgarnia, należąca do redakcji największej gazety „Díario de Notícias“. W ręku trzyma legitymacje inwalidzka, aby nikt nie myślał, ze ta jego straszna dermatologiczna przypadłość to jakiś trik lub naciąganie naiwnych. Kiedy podchodzę do niego z jałmużna (mój tradycyjny gest wobec niego od lat w Lizbonie) i wrzucam monetę do odwróconego kaszkietu na framudze księgarni przed witryna, on cos mamrocze. Ślina ścieka mu po fioletowych naroślach.
Zaraz obok Rossio jest inny plac (Praça da Figueira - „Plac Figowy“), z którego jedzie się tramwajem nr 15 do Belém, aby zobaczyć na tym zachodnim przedmieściu słynne atrakcje budowlane, przede wszystkim prześliczny klasztor. Przed przystankiem tramwajowym rozsiadła się dość jeszcze młoda żebraczka. Siedzi na chodniku, wypluwając pestki słonecznika przed siebie z przedziwna regularnością. Zakasała swa spódnice, aby każdy widział metalowe protezy, zaczynające się zaraz ponad kolanami. Nie ma obu nóg. Ruch turystów jest mimo zimy wielki, może liczyć na wsparcie, przynajmniej statystycznie...
Chodząc potem po wspaniałym kościele gotyckim w Belém, spoglądając w gore smukłych kamiennych kolumn, wspierających przepiękny jego sufit, wracam myślą do metalowych konstrukcji na nogach nieszczęsnej kobiety.
„Refrenem“ jednak moich powierzchownych spotkań z problemami ekonomicznymi stolicy Portugalii było indywiduum przed hotelem, gdzie mieszkałem. Hotel stoi na „Alameda“, czyli na „Placu Topolowym“. Jest to obszerna esplanada na północy miasta, okolona drzewami (akurat nie topolami, ale nieważne) i majestatyczna fontanna, robiąca bardzo monumentalne wrażenie. Jest i plac zabaw dla dzieci, pełno ławek, metalowe stoły okupowane przez leciwych szachistów, siec szerokich arterii (miedzy centrum a lotniskiem), ciągi 5-pietrowych domów, banków, sklepów. Na ławce przed hotelem, miedzy karuzela dla dzieci a wejściem do stacji metra „Alameda“ leży codziennie wspomniane indywiduum. Pisze tajemniczo „indywiduum“, bo przez dwa tygodnie ostatniego pobytu nie mogłem się zorientować czy jest to kobieta czy mężczyzna. Ta postać jest tak szczelnie owinięta plastikowymi workami, ze ta identyfikacja nie była możliwa. Worki na głowie jak czapka, wciśnięta głęboko na czoło, worki na brzuchu, na nogach i butach... Śpi zawsze na tej samej ławce, kładąc głowę na „poduszce“ tez z plastikowej torby. Wszystkie te torby, owijające te postać, są czarne. Robi to wrażenie jakiegoś czcigodnego posagu, osoby, wplatanej przez los w cichy rzeźbiarski happening. Niestety, nie jest to artystyczny happening, lecz samo życie. Ta postać wstawała późnym rankiem, siadała powoli na ławce, budziła się, wykonując zawsze ten sam rytuał: brała „poduszkę“ spod głowy i „zamiatała“ nią beton pod ławka. Dlaczego? Nie wiem. Potem ta sama torba ocierała sobie twarz. Widocznie należy to do tradycji każdego ranka. Nie tylko ja obserwowałem ja. Patrole policji z pałkami u pasa przechodziły obok, godnie i spokojnie. Czuć było, ze policjanci znają i ignorują te osobę. To indywiduum należy do pejzażu tego placu widocznie od lat. Postać wstawała wreszcie powoli, widać było, iż jest stara i sterana życiem. Szła powoli wokół placu, w swym świecie, wokół krzyczących i biegających dzieci, eleganckich pan wyprowadzających psy na spacer, umundurowanych policjantów, karetek pogotowia mknących na sygnale, ludzi czekających na przystankach na nadjeżdżające autobusy w kierunku dzielnicy Benfica i śpieszących się po prostu ludzi, którzy zastanawiali się co kupić bliskim z okazji świat i Nowego Roku.
Po paru dniach zobaczyłem ukradkiem na chwile twarz tego indywiduum. Była to twarz czarna, bardzo czarna, pełna godności dzięki wielkim smutnym oczom i wydatnym rzeźbiarsko wypiętrzonym afrykańskim wargom.
Wieslaw PIECHOCKi
I












