Z duszą na ramieniu, międzymiastowymi autobusikami, dobiłem po 8 godzinach z Turbo do Cartageny. Roztrzęsiony byłem od wyboistej drogi i brawurowej jazdy Kolumbijczyka. Późnym wieczorem znalazłem hotel La Posada del Pirata w części starego miasta (Centro Sandiego). Zapłaciłem za miejsce do spania w sali, w której mieściło się 10 łóżek. No cóż, najważniejsze, aby dotrwać jakoś do rana.
ODBIÓR "ZABAWKI"
Środa, 6 kwietnia. Obudziłem się o godz. 7 rano. Wziąłem taksówkę i pojechałem do portu pod wskazany adres. Okazało się, że w ciągu jednego dnia nie dało się załatwić wszystkich spraw. Wróciłem więc do hotelu. Zwiedzałem miasto, nocą włóczyłem się po zabytkowej Starówce. Spotkany przypadkowo Czech w Aduanie – Toni Swoboda – przyspieszył proces odbioru mojego auta. Za pół godziny mieli podstawić "Zabawkę". Wszystkie opłaty uregulowałem wcześniej, czekałem więc na mój samochód. Czekałem do południa... Nareszcie wiadomość: samochód jest już na parkingu! Poderwałem się z miejsca i poszedłem go odebrać. Chciałem uruchomić auto, ale kluczyk nie wchodził w stacyjkę, bo był zgięty. Widać było wyraźnie, że ktoś nieprawidłowo, na siłę się nim posługiwał. Stacyjka się zacinała. Ludzie z obsługi kręcili głową i twierdzili, że to się musiało stać w Panamie. W końcu jakoś uruchomiłem silnik.
KIERUNEK – BOGOTA!
Ubrałem strój podróżny – koszulkę gimnastyczną, krótkie spodenki i sandały – i ruszyłem prosto do Bogoty. Nie czułem zmęczenia. Góry, kręta droga, pochmurne niebo i wilgoć w powietrzu sprawiały, że silnik mocno się nagrzewał. Noc zastała mnie w górach. Padał deszcz, grzmiało i było czarno dookoła. Na jednym z zakrętów wypadłem z trasy i pojechałem przed siebie. Stanąłem przy jakiejś chatce na zboczu. Nie było w tym miejscu żadnej barierki, a poza tym w ciemnościach prawie nic nie wiedziałem. Zgasiłem silnik i czekałem, aż burza minie. Gdy deszcz zelżał, rozejrzałem się dookoła. Anioł Stróż czuwał nade mną. Gdybym pojechał jeszcze z dziesięć metrów dalej, to zjechałbym w dół z góry i byłoby po podróży. Wycofałem się powoli na twardszą nawierzchnię, po czym wjechałem na drogę i ruszyłem w drogę. W ciemnościach jechałem jeszcze kilka godzin, aż w końcu dotarłem do czynnej stacji benzynowej. Zatrzymałem się i niemal natychmiast zasnąłem.
Kiedy się obudziłem, powitało mnie uśmiechnięte słoneczko. Wjechałem na górską drogę i stanąłem. Przede mną stało co najmniej kilkadziesiąt samochodów, gdyż drogę zablokowała przewrócona ciężarówka pełna bananów. Ponad dwie godziny czekaliśmy na odblokowanie drogi. Podchodzili do mnie ludzie, którzy widzieli mnie na trasie, aby pogadać. Przy okazji mieli fajną zabawę, kiedy robili sobie zdjęcia ze mną i z moją "Zabawką".
Kiedy wreszcie ruszyliśmy, podczas zjeżdżania z góry nagle zaczęły piszczeć hamulce. Czyżby przez te górskie zakręty? Niedobrze, muszę jak najszybciej odwiedzić mechanika. W planie miałem wizytę w Ambasadzie RP w Bogocie, stolicy Kolumbii, aby wysłać napisane po drodze teksty, więc przy okazji sprawdzić hamulce.
W Bogocie miałem trochę czas na spokojne wypicie kawy, zrobienie notatek i napisanie kilku tekstów
BLISKIE SPOTKANIA Z RODAKAMI
Zaliczyłem ostatnią płatną bramkę, po czym zatrzymałem się na szybki posiłek. Przejechałem przez rozległe miasto nie wiadomo kiedy. Gdy się zatrzymałem, okazało się, że od celu dzieli mnie kilka ulic.
Około godz. 16:00 przyjęła mnie pani radca prawny – rzeczniczka polskiej ambasady. Miałem szczęście, bo właśnie została dłużej w pracy. Zapytała, w czym może mi pomóc. To miłe pytanie, tak rzadko słyszane w placówkach polskich, wprowadziło od razu przyjacielski nastrój. "Zawsze w podróży jest jakiś kłopot – powiedziałem. – Potrzebuję dostępu do internetu, chciałbym też sprawdzić hamulce i spotkać się z kimś z tutejszej Polonii". Pani Mirosława zaproponowała mi zatrzymanie się w gościnnym pokoiku. Przyjąłem tę propozycję z radością.
Sobota przeleciała szybko. Mogłem spokojnie pisać, a potem wysłać gotowe teksty. Kierowca ambasadora pomógł mi w znalezieniu warsztatu naprawczego. Kłopot był w tym, że nie mieli części do amerykańskiego samochodu. Założyli więc ceramiczne klocki hamulcowe w kole, które miało defekt i mogłem jechać w dalszą drogę.
W ambasadzie spotkałem alpinistę Krzysztofa Szafrańskiego, o którym słyszałem od Mietka Kwapika, alpinisty z Nowego Jorku. Pani Mirosława umówiła mnie z prezeską organizacji tutejszej Polonii – Melanią Kowalewską – na wspólne śniadanie. Umyłem więc "Zabawkę", gdyż byłoby nieprzyzwoicie pojechać na takie spotkanie brudnym autem.
W niedzielę o 10 rano w centrum handlowym czekała na nas prezes Melania Kowalewska. Na pięknym tarasie przy basenie zjedliśmy śniadanie. Każdy zamówił sobie inne danie. Tu spotykają się Polacy będący członkami Stowarzyszenia Polonii. Pani Melania mieszka w Kolumbii od 35 lat. Nie szczędzi czasu ani pieniędzy na sprawy związane z tutejszą Polonią i Polską. Tylko mogłem jej pogratulować tak pięknej pracy.
SPRAWA KOBYLAŃSKIEGO...
Kiedy wróciłem do pokoiku w ambasadzie, około godz. 15 zadzwonił telefon. Pani Mirosława poinformowała mnie, że ambasador Jacek Perlin zaprasza mnie do swojej rezydencji i chce mnie gościć do wtorku. Postanowiłem – zanim opuszczę ambasadę – przepakować w spokoju bagaże powywracane przez celników. Wyniosłem wszystkie rzeczy na ulicę, po czym podjechałem w to miejsce samochodem. W tym momencie znów zadzwonił telefon. Pan ambasador odwołał zaproszenie. Stwierdził, że nie może przyjąć mnie ze względu na nazwisko Jana Kobylańskiego, które widnieje na moim samochodzie.
Zaskoczyło to mnie ogromnie. Okazało się, że nazwisko, które w przeddzień wyruszenia w daleką podróż, jeszcze w Arizonie, koledzy nalepili na mój samochód, nie spodobało się panu ambasadorowi. Nie znam pana Kobylańskiego, słyszałem tylko, że jest założycielem Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polonijnych Ameryki Łacińskiej (USOPAŁ), największej organizacji polonijnej integrującej Polaków rozsianych po Ameryce Południowej. Nie jestem politykiem! Jestem podróżnikiem – to wszystko.
Kiedy usuwałem ten napis, podjechało kilku pracowników ambasady żeby zrobić sobie zdjęcie na pamiątkę ze słynnym samochodem, którym przemierzam świat z polską flagą przynosząc – jestem o tym przekonany – rozgłos swojemu krajowi, Polsce. Usłyszałem przy okazji kim jest "ten Jan Kobylański", jakim jest wrogiem ich wszystkich i że będąc więźniem oświęcimskim kolaborował z Niemcami, był kapo; że dorobił się nielegalną drogą majątku na handlu znaczkami. No i że jest wrogiem Polski. Dowiedziałem się też, że Polonia w Ameryce Południowej to przeważnie spolszczeni żydzi, którzy opuścili obozy koncentracyjne i uważają się za bohaterów wojennych.
Byłem tymi wiadomościami bardzo zaskoczony! Nic takiego nie słyszałem, kiedy podróżowałem po Ameryce Południowej 35 lat i spotykałem się z oficerami i żołnierzami, którzy bili się podczas II wojny światowej o wolną Polskę, ale do niej nie wrócili, nie mogąc się pogodzić z nowym okupantem ze wschodu.
Kierowca ambasadora pomógł mi znaleźć warsztat. Mechanik stwierdził, że poszły hamulce. Naprawił je na tyle, że mogłem jechać dalej
Rozśmieszały mnie teraz te dziwne opowieści. Nie mogłem i nie chciałem polemizować, nie będąc zaangażowanym w te sprawy. Coś tu mi nie pasowało. Stare porzekadło mówi: "uderz w stół a nożyce się odezwą". Wyczułem, że tym ludziom Kobylański z jakiegoś powodu nie pasuje. Usunąłem jego nazwisko z samochodu, aby nie czuć się obco wśród dyplomatów z mojej ojczyzny. Kto wie, może uda mi się spotkać kiedyś pana Jana Kobylańskiego, który wydaje mi się interesującą osobą. Będę zadowolony. Wiele takich osób spotkałem w przeszłości.
NOC U MANUELA
Pan ambasador chciał wyjść z twarzą i zaproponował mi pozostanie do wtorku u brata swojej kolumbijskiej sympatii. Stwierdził, że tam jest strzeżony parking i mogę skorzystać z internetu. Zbliżał się wieczór i niebezpiecznie było jechać na noc w góry. Zajechałem więc przed rezydencję ambasadora. Czekały tam na mnie dwie młode dziewczyny. Jechaliśmy długo, więc był czas na rozmowę i słuchanie muzyki. Karolina powiedziała mi, że ma 21 lat i jest narzeczoną Jacka, to znaczy ambasadora. Żeby wyglądać ładniej – prostuje sobie zęby. Powiedziała też, że chciałaby pojechać do Polski.
To chyba trochę niepoważnie ze strony ambasadora – pomyślałem sobie. – Sprawy z tak młodą panienką powinien załatwić podczas prywatnej wycieczki zagranicznej, a nie pełniąc funkcję dyplomaty.
Zajechaliśmy przed dom jej brata – Manuela, kiedy już było ciemno. Wyczułem, że chłopak był nieprzygotowany na tę wizytę. Weszliśmy do środka. Nie było gdzie usiąść, tym bardziej, że zrobiło się ciaśniej o trzy osoby. Czując ten dyskomfort powiedziałem, że chciałbym tylko przenocować, a jutro rano pojadę dalej. Kiedy wszyscy się rozeszli, skorzystałem z chwili luzu i sprawdziłem pocztę w internecie. Z wysyłania korespondencji zrezygnowałem. Żona Manuela zniosła z góry kilka koców i poduszkę.
Rano obudziłem się wcześnie z powodu chłodu. Poczekałem, aż pojawi się Manuel, który do pracy jeździ motocyklem. Podziękowaniem mu za miłe przyjęcie i zostawiłem słoik masła orzechowego, które lubią wszystkie dzieci. Zostawiłem mu też adres mojego Centrum Wagabundy w Phoenix, a nuż kiedyś będzie miał okazję tam zajrzeć, a ja wówczas serdecznie go ugoszczę.
cdn.
Zdjęcia: Andrzej Sochacki













