Dziewka spała w jednym kąciku, a parobek w drugim, pod sufitem. Wielki kuchenny piec sąsiadował z... krowami. Za ścianą był niewielki pokoik gospodarzy i alkierz ich rodziców. Do tego sień i tzw. zimna izba. Wszystko pod jednym dachem. Tak prezentowała się chata zamożnego kmiecia z końca XIX wieku.
Jeszcze w latach 70. XX wieku dom ten stał w Gostwicy, a mieszkali w nim Kunegunda i Józef Żelazkowie. W 1963 r. bawił w nim na weselu biskup Karol Wojtyła. Duża bielona wapnem chata jest teraz ozdobą Sądeckiego Parku Etnograficznego w Nowym Sączu. Jest też charakterystycznym przykładem budownictwa Lachów Sądeckich. Nie ona zresztą jedyna. Tuż obok bowiem stanęła chałupa biedniacka z Podegrodzia i warsztat wiejskiego szewca z Rogów, stodoła z Biegonic i stajnia z Mokrej Wsi, chlewik z Gostwicy i „koźlak” (wiatrak) z Biczyc Górnych.
- Staraliśmy się wszystko wiernie odtworzyć – mówi przewodniczka. – Dlaczego? Po to, aby zwiedzający odnieśli wrażenie, że oto znaleźli się w zupełnie innym świecie. Świecie, którego wprawdzie już nie ma, ale jeszcze nie tak dawno istniał w okolicach Nowego Sącza – dodaje.
I pięknie założenie to udało się zrealizować. Spacerując po ocienionej drzewami, wyboistej, polnej drodze, ma się wrażenie, że za chwilę do domów powrócą z pól gospodarze, gospodynie wyjdą przed bramę poplotkować, a starsi ludzie przysiądą na przyzbie, by nacieszyć się ostatnim promieniami zachodzącego słońca.
- Dym był pożyteczny. Wygaszał iskry – przewodniczka przywraca mnie rzeczywistości. Oto stoimy w środku kurnej chaty, próbując wyobrazić sobie życie w domu pełnym gryzącego i szczypiącego dymu. – W tym domu krowy również żyły pod jednym dachem z ludźmi, ale stały już w innym pomieszczeniu – dowiaduję się kilkadziesiąt metrów dalej. – A w takim glinianym baniaczku przechowywano śliwowicę – dodaje ze śmiechem przewodniczka.
Wszystkie domy są malowniczo rozłożone pośród niewielkich wzniesień, dorodnych drzew, w lesie. Tu kołyszą się łany zbóż, a tam schnie skoszona trawa... Wszystko wiernie odtworzone. – Dlatego nie spacerujemy po wyasfaltowanych alejkach, a po wyboistej, czasem błotnistej drodze, czy podmokłej ścieżce. Tak mieszkali niegdyś ludzie – przypomina moja opiekunka. Za mną sektor Lachów Sądeckich.
Rozłożysty drewniany budynek ogrodzony płotem z solidnych sztachet – tak wyglądała wiejska szkoła w czasach II Rzeczypospolitej.
- To jest godło Polski. To jest orzeł – mówi mama do pięciolatka, z którym zwiedza szkołę ludową z Nowego Rybia. Maluch z zainteresowaniem ogląda sale lekcyjne, rzędy drewnianych ław, kałamarze i zeszyty, katedrę na niewielkim podwyższeniu, tablicę, globus, portret marszałka Józefa Piłsudskiego, prezydenta Ignacego Mościckiego, wreszcie mieszkanie nauczyciela.
– A gdzie jest kompik – pyta nagle.
- Wtedy jeszcze nie było komputerów – odpowiada mama.
- Nie było kompików? – dziwi się chłopczyk.
Chałupa Wincentego Myjaka znajduje się w sektorze Górali sądeckich. Przypomina nie tylko charakterystyczne dla tej grupy budownictwo, ale także mieszkanie bogatego chłopa i... posła do sejmu galicyjskiego we Lwowie. Dom wzniesiono w Zagorzynie w 1884 r., o czym głosi napis na belce w izbie, a jego wystrój w skansenie przypomina lata 1922-1927. W środku wiejskie sprzęty i meble, mieszają się z wyposażeniem, które odnajdziemy w mieszczańskich kamienicach.
Z Zagorzyna do skansenu trafił również malowniczy spichlerz z mieszkalnym pięterkiem z 1880 r., z Kiczni kamienny spichlerz z około 1870 r., a ze Słopnic unikatowa olejarnia z pierwszej połowy XIX stulecia. Jest i stodoła z Kamienicy, szopa kieratowa z Maszkowic, a także chałupa przysiółkowa z Obidzy.
W Lasku Falkowskim urządzono miniaturową osadę Cyganów karpackich. Składają się na nią dwa budynki mieszkalne z Maszkowic, w tym tzw. kher oraz rekonstrukcja niezachowanej Kuźni z Czarnej Góry.
Niespiesznie wkraczam na terytorium Łemków. Zaczynam od solidnej chałupy bogatego maziarza z Łosia Górnego i zamożnego domu z Królowej Górnej, po drodze zachodzę, i do średnio zamożnego domu z Wierchomli, i biedniackiej kurnej chaty z Łabowej. Tu również znajduje się kuźnia z Czaczowa (1899 r.), lamus plebański i chlewik z Wierchomli, a i sypaniec (spichlerz) z Muszynki.
Urokliwą polankę zajęła greckokatolicka cerkiew z Czarnego z 1789 r. W środku można obejrzeć piękny, o kilkadziesiąt lat młodszy ikonostas (1801 r.) i malowidła z końca XIX stulecia. Świątynię ponownie konsekrowano w 2004 r. W tym samym roku, ale o dwa miesiące później, poświęcono kościół rzymskokatolicki, który do skansenu trafił z Łososiny Górnej (pochodzi z 1739 r., ołtarze z XVII i XIX stulecia). W skansenie jest i zbór ewangelicki ze Stadeł z niezwykłą amboną w szczycie ołtarza (konsekrowany w 2008 r.).
Ścieżka wyprowadza na solidny dwór szlachecki z Rdzawy. W dwóch pokojach unikatowe polichromie z XVII stulecia (pamiątka z czasów, gdy był on klasztorem, kaplicą i schronieniem zakonników). Warto też pamiętać o mrocznej legendzie i wyjść z domu... tyłem.
Tuż obok studnia altanowa z Nawojowej, zaś w niewielkim oddaleniu stodoła folwarczna z Kamienicy, maneż (szopa kieratowa) z Krużlowej, kurnik dworski z Tymbarku, stajnia z wozownią z Lipnicy Wielkiej i spichlerz z Męciny.
Pogórzan reprezentuje olbrzymia chałupa z Mszalnicy. Blisko dwieście lat temu mieszkał w niej kupiec zajmujący się handlem wołami. O dostatku świadczy nie tylko wyposażenie domu, ale także warsztatu stolarskiego.
W sąsiedztwie odnajdziemy również chałupę biedniacką z Lipnicy Wielkiej. Zamieniona została w mieszkanie zielarki. Otacza ją ogródek z pięknymi kwiatami i ziołami – Wszystko się przydawało w ludowej medycynie. To dziurawiec, to lawenda, a to lubczyk – śmieje się przewodniczka. Z Mszalnicy pochodzi stajnia, z Wojnarowej stodoła, z Cerekwii kościół i dzwonnica, a Lipnicy Wielkiej plebania i plebański spichlerz.Ścieżka wśród drzew sprowadza w dół, w kierunku osady kolonistów józefińskich. Solidne, murowane zabudowania, zrekonstruowano, na wzór tych, które - dobrze zachowane i zadbane - zobaczyć można jeszcze w Gołkowicach Dolnych. Skąd się wzięli Niemcy na Sądecczyźnie? Po I rozbiorze Polski sprowadziły ich tu władze austriackie.
Przede mną potok i niezwykłe Miasteczko Galicyjskie. By się do niego dostać trzeba przejść po kamieniach, bo powódź zabrała mostek (można też przyjechać od drugiej strony).
W miasteczku stoi już solidny starosądecki ratusz z arkadowymi podcieniami i zegarem (w Starym Sączu nigdy go nie ukończono), dwór szlachecki z Łososiny Górnej, remiza strażacka. W jednym z domów otaczających galicyjski rynek znajdują się zakłady: fotograficzny i zegarmistrzowski, a w innym warsztat garncarski. Jest też karczma. Niezwykłe przedsięwzięcie samorządu wojewódzkiego ma tętnić życiem. Ma, bo powódź mocno dała mu się we znaki. Nie tylko porwała most na potoku, ale także zalała większość miasteczka.Wokół rynku wyłożonego kocimi łbami stoi już kilkanaście domów. Będzie w nich sklepik z pamiątkami, antykwariat i pracownie rzemieślnika wyrabiającego drewniane ozdoby i zabawki. Ma powstać apteka w stylu retro, pracownia żydowskiego krawca, cukiernia, poczta, fryzjer, sklepik kolonialny. Miasteczko Galicyjskie ma szansę stać się wielką atrakcją turystyczną. Oby więcej takich inicjatyw i takich gospodarzy.
Miałem tu być godzinkę, byłem cztery. A wydaje mi się, że tylko przebiegłem Sądecki Park Etnograficzny i Miasteczko Galicyjskie.
Tekst i zdjęcia Marek Długopolski












