Kronikarz - magazyn obywatelski

  • Full Screen
  • Wide Screen
  • Narrow Screen
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

Nowości

Załóż swoje konto! Tylko dla zarejestrowanych użytkowników są widoczne wszystkie artykuły magazynu obywatelskiego "KRONIKARZ". Rejestracja jest BEZPŁATNA. Formularz rejestracji znajduje się pod lewym menu, w sekcji Logowanie, link Załóż swoje konto!.

 

Król hipisów i królowa Tangeru

Email Drukuj PDF
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 

Pewnie są tu również tłuste kawały samogłowa, którego ćwiartowanie w tangerskim porcie brawurowo opisuje Jan Potocki Fot. Jakub Ciećkiewicz
Pewnie są tu również tłuste kawały samogłowa, którego ćwiartowanie w tangerskim porcie brawurowo opisuje Jan Potocki Fot. Jakub Ciećkiewicz
Podróż do Królestwa Maroka (3)

Ja bym panu dała taką książkę, wiecie...

- Jaką książkę?

- Opis, opis mojego życia. A tak, a tak... Ja pracowałam na Szerokiej, bo byłam młoda, ładna, to mi wolno...

- A to życie było bogate?

- Uhm... bogate było.

- A który dzień był najpiękniejszy w pani życiu?

- ...Najpiękniejszy dzień był nigdy. Nigdy...

Jacek Stwora, Dzielnica Szwarckopów

"Widziałem najlepsze umysły mojego pokolenia zniszczone szaleństwem..."

Allan Ginsberg, Skowyt

 


 

 

Dwa światy Tangeru oddziela od siebie ciężka, metalowa brama. W "hotelu pod klepsydrą" wciąż jeszcze trwa epoka kolonialna - czas odmierza powolny rozpad mebli, tynków, murów, stolarki okiennej, rdza pożera metalowe okucia i bariery... Po korytarzach snują się staroświecko ubrani pracownicy obsługi, kury i pensjonariusze: zamyśleni, zatopieni w sobie.

Po drugiej stronie bramy wybucha kosmiczna medyna, szalony świat, obdarzony czystą, pierwotną energią. Tu od zmierzchu do świtu trwa prawdziwa bitwa i każdy dzień jest świętem. Nienasyconym pragnieniem. Pasją. Namiętnością. Nadzieją. Wielkim triumfem życia nad śmiercią:

Zakapturzony mężczyzna w bordowym płaszczu pędzi na ośle - po kocich łbach - w dół uliczki. Dostawca mięty z wysiłkiem pcha rozklekotany wózek. Śniady starzec, w narzuconym na gołe ciało czarnym płaszczu, unosi w górę siwą brodę i wygraża przechodniom chudą pięścią. Z hukiem przejeżdża motorowerzysta. Na skwerku bawią się małe dzieci. Ktoś biegnie, ktoś go goni, ktoś krzyczy "łap złodzieja", pod nogi wpada błękitna piłka, pies szczeka, przez okno ucieka zielona papuga...

Tymczasem po obu stronach wąziutkich uliczek, w otwartych warsztatach, trwa codzienna praca. Stolarz skleja straszliwie zużyty kredens, tapicer wypycha włosiem materace, piekarz, długą drewnianą łopatą, wsadza białe placki w rozżarzoną czeluść. - Panie, skąd jesteś, czego szukasz, może chciałbyś skosztować czegoś wspaniałego... - zachęca naganiacz. I nie chodzi mu wcale o cukierki.

Wokoło rozgrywa się tysiąc epizodów, sto narracji, dziesięć dramatycznych fabuł. A wszystko spowija charakterystyczny zapach:

"Silny afrykański wiatr niósł woń eukaliptusa, mięty, baraniego tłuszczu i gnoju" - notował Paul Bowles.

"Zapach jest niemal niewiarygodny i trudno rozróżnić wszystkie jego składniki. Haszysz, pieczone mięso i ścieki wybijają się na pierwszy plan - oceniał William S. Burroughs.

"Właściwy miastu zapach, na który składają się kwiaty, przyprawy i marihuana, przenika ostra woń taśm maszyn do pisania, wydobywająca się z przegrzanych walizek najpopularniejszych londyńskich i nowojorskich powieściopisarzy" - zauważył żartobliwie Kenneth Allsop.

Tanger pachnie oparami opiatów i szaleństwem.

"Billa Burroughsa poznałem w 1953 roku, kiedy szedł w deszczu boczną ulicą medyny. Był wówczas na heroinie i nie wyglądał najlepiej" - zanotował skrzętny jak zawsze Paul Bowles. "Mieszkał w małym, wilgotnym pokoju numer 9, skąd jedyne drzwi wychodziły na ogród hotelu Villa Munirijja..."*

William S. Burroughs przyjechał do Tangeru po lekturze powieści "Pod osłoną nieba", żeby poznać Paula i unurzać się w aurze dekadencji. Ponieważ jednak nieustannie był na haju - "zażywał wyłącznie kif, mandżun i alkohol, za to wszystkie trzy rzeczy w ogromnych ilościach" - spotkanie odwlekło się aż o... 12 miesięcy.

W tym czasie wegetował w męskim bajzlu, gdzie - jak sam zanotował - "nie kąpałem się i nie zmieniałem ubrania, chyba tylko po to, żeby co godzinę wbić igłę w żylaste, szare, zdrewniałe ciało śmiertelnego nałogu". Potem nieoczekiwanie wytrzeźwiał i zaczął brawurowo opisywać miasto. A jego esej "Strefa międzynarodowa" - wstrząsnął amerykańską opinią publiczną.

Wchodzę do małej, zagraconej nory. Ściana od strony okna powinna być upstrzona zdjęciami z podróży do Amazonki, do których Bill strzelał dla zabawy. Dotykam tapet, pewnie skrywają dziury po kulach. Tuż obok stała kuchenka: "piekł na niej ciasteczka z haszyszem, z których był niezwykle dumny". A oto biurko pisarza - stare, zniszczone, tandetne. "Na biurku i na podłodze panował absolutny chaos złożony wyłącznie z kartek »Nagiego lunchu«, nad którym nieustannie pracował...".

Szokujący manifest epoki: "Nagi lunch", redagowany po koleżeńsku przez włóczących się po Tangerze wybitnych pisarzy: Allana Ginsberga i Jacka Kerouaca, był napisaną na haju narkomańską powieścią, w której rzeczywistość miesza się z fikcją, a wyobraźnia z halucynacją. Po publikacji kilku pikantnych fragmentów w amerykańskiej prasie literackiej, uznano ją za skandal, prowokację, obyczajowy wybryk i zakazano rozpowszechniania w Stanach Zjednoczonych. A stąd już tylko krok do specyficznej sławy!

Wkrótce Tanger zaroił się od młodych ludzi w kolorowych ubraniach, z gitarami na plecach i pacyfkami na piersiach - zjechały dzieci kwiaty: hipisi i hipsterzy - wyznawcy kultu marihuany i Williama Burroughsa! Wśród nich, późniejszy twórca Microsoftu - Bill Gates.

Oglądam zdjęcia pisarza. Szczurza twarz, zamącone oczy, kapelusz przekrzywiony na bakier. Szczupła sylwetka śmiertelnie chorego narkomana. Czytam wywiad, jakiego udzielił magazynowi "Life". I wiem na pewno, że Bill był kretynem. Paranoikiem, wyznawcą spiskowej teorii dziejów, który szokował świat otwarcie głoszonym homoseksualizmem i jawnie praktykowaną narkomanią.

Ale jak nikt, potrafił opisywać Tanger:

"Miasto zdaje się istnieć w kilku wymiarach. Ciągle wychodzi się na ulice, place i parki, które widzi się pierwszy raz. Katatoniczny młodzieniec idzie przez Grande Soco, wpada na ludzi i stragany jak lunatyk. Bosy człowiek w łachmanach, o twarzy przeżartej i opuchniętej od straszliwej choroby skóry, żebrze samymi oczami. Nie ma już woli, by wyciągnąć rękę. Stary Arab namiętnie całuje chodnik. Ludzie zatrzymują się, patrzą na niego z zaciekawieniem, idą dalej...".

***

Umówiliśmy się w słynnej Cafe de France, gdzie przesiadują starsi panowie w białych garniturach. Czyści. Sterylni. Nienaganni. Piją kawę, czytają francuskie gazety, uśmiechają się do wspomnień z czasów Strefy Międzynarodowej, spoglądają z sympatią na przechodzących chłopców - pięknych, opalonych, smagłych...

Ahmed el Ghouch - przewodnik po Tangerze jest punktualny i nieskazitelnie ubrany. Ma 35 lat, nosi jasny, lniany garnitur, mówi płynnie po niemiecku i nieco gorzej po francusku, jest powściągliwy, dumny, bardzo pewny siebie. - Wczoraj umówiłem się z pana szefem na całodzienne zwiedzanie miasta za 13 euro...

- W ramach tak skromnej kwoty mogę poświęcić Panu najwyżej trzy godziny - przerywa. - Szef mówił coś innego? - Trudno. Może sądził, że chodzi o grupę turystów...

Po chwili przecinamy słynny Bouleward Pasteur, miejski salon, ze wspaniałym widokiem na port i Zatokę Gibraltarską. - Tu mieszkał Matisse - opowiada Ahmed - tutaj Paul i Jane, tam zatrzymała się Jacqueline Kennedy, tu Allan Sillitoe napisał "Samotność długodystansowca"... Macham dłońmi w geście protestu. - Nie. To mnie w ogóle nie interesuje. Ja chcę zobaczyć autentyczny Tanger!

- Bitte. Gut. Et voila!

Wchodzimy w trzewia miasta - do bazaru: krainy mistrzów kupna, magików reklamy, szarlatanów sprzedaży. Tu się handluje wszystkim, ale handluje się z pasją. Tu gołąb to nie jest zwykły gołąb, ale rajski ptak. Tu stary dywan staje się kawałkiem zielonego Edenu. A oliwna lampka jest tajemniczym księżycem, płonącą w ciemnościach, cudowną lampą Alladyna!

"Flaaaaszki, flaaaaszki, flaaaaszki. Za stare buty, za stare szmaty, daję różne naczynia...

- Dooo mnie panowie i panie, bo owoce tanie!

Reklama, trik, propaganda. Sprzedać, zagadać, zachwalić...

- Dzisiaj klienci mają okazję nabycia uniwersalnego preparatu, który wam się przyda, zaoszczędzi czas i długą drogę do pralni chemicznej..."**

Czuję wzruszenie. Jako dziesięcioletni chłopak handlowałem na takim właśnie placu, który w Krakowie nazywano Tandetą. Wśród charakterystycznych typów, rozognionych namiętnością przekupniów, mistrzów sprzedaży, speców od iluzji. Na placu, po którym przechadzał się starszy pan z magnetofonem na ramieniu: mój późniejszy mistrz - wielki reporter - Jacek Stwora!

- Orzechyyyy, bakalieeee, przyprawyyyy....

El Ghouch lekko się uśmiecha: - Handlowałem tu jako chłopiec - mówi miękko. A więc mamy ze sobą coś wspólnego.

***

W szalonym tłoku i potwornym zgiełku bazaru tangerczyka rozpoznaje się w mgnieniu oka. Płynie z tłumem, robi efektowne zwody i uskoki, zręcznie balansuje na granicy chaosu. Ahmed porusza się z wprawą, wdziękiem i znajomością rzeczy, co drugiej spotkanej osobie podaje rękę, toruje drogę, odpędza naciągaczy. Jak bym sobie bez niego w ogóle poradził?

Na targu rybnym tysiące morskich stworzeń wylegują się na kryształach lodu. Łososie, flądry, śledzie, makrele, karmazyny, bonito, okonie, cefale, złotoryby, leszcze, kraby, krewetki, wielkie, morskie sardynki. Pewnie są także tłuste kawały samogłowa, którego ćwiartowanie w tangerskim porcie brawurowo opisuje Jan Potocki.

Ahmed uśmiecha się do kupców, protekcjonalnie kiwa głową, dyskretnie macha dłonią. - Ten chłopiec, Nizar, ma do ciebie prośbę - mówi. - Czy mógłbyś go sfotografować? Nizar ma może 13 lat i handluje na równi z dorosłymi. Jest żywiołowy, uśmiechnięty - kogoś mi bardzo przypomina...

Targ mięsny jest krwisty i rozpustny. Wokoło wiszą osowiałe głowy wielbłądów, baranie udźce, soczyste kawałki cieląt, na zielonych liściach czerwienieją płaty wołowiny, wełniste półmiski mielonego mięsa, białe kurczęta i złote szaszłyki.

Bufet działa bez przerwy. Straganiarz szybko lepi w dłoniach mięsne kulki, 10-letni właściciel grilla wrzuca je na ruszt i już po chwili podaje brudną dłonią gorącą przekąskę, z płaskim, białym plackiem. - Myślisz, że mogę jeść bez ryzyka? - pytam Ahmeda.

- Zależy jaki masz system immunologiczny. Jeśli mocny, jak najbardziej.

Do małego, drewnianego sklepiku, ostatkiem sił dowleka się afrykański chłopiec. Opiera dłonie na ladzie. Powoli wyciąga z kieszeni monety. Widać, że są to wszystkie pieniądze, jakie ma przy sobie. I albo zaraz zje - albo padnie. Sprzedawca bez słowa przecina bulkę, otwiera puszkę sardynek, wrzuca zawartość do środka. A na dokładkę daje małą flaszkę wody. Transakcja odbywa się bez słów. Wszystko jasne.

W błysku wspomnienia widzę własną młodość: Kassel, rok 1985. Bezskuteczne poszukiwanie pracy, mieszkanie na poddaszu, jedzenie raz dziennie gorących kartofli. Wreszcie pomysł, żeby w miejskim parku nałowić karpi za pomocą plastikowej torby... A potem długie miesiące spędzone w niemieckich przetwórniach i warsztatach...

- Znam życie gastarbeitera - wspomina Ahmed el Ghouch. - Też pracowałem w Niemczech. Mój ojciec buduje teraz na czarno dom w Holandii. Więc mamy ze sobą coś wspólnego.

***

Na ulicy wybucha szalona muzyka. Kapela maszeruje w oszałamiającym rytmie. Jęczą bębny, krzyczą trąbki, śpiewa niebiańską pieśń fletnia Pana. W uszy uderza mieszanina jazzu, Johna Coltrane'a, gnawa, transu, pogaństwa i Bóg raczy wiedzieć czego: Afryki, Hiszpanii, Arabii, Egiptu... Ludzie tańczą, klaszczą, bawią się - w ekstatycznym rytmie.

Gdzieś tu, gdzieś w okolicy, może właśnie w baszcie, którą w tej chwili mijamy, obok armat broniących miasta przed napaścią Hiszpanów, Jan Potocki, przeżył oblężenie Tangeru, rysując obrazki i pisząc plan "Pamiętnika znalezionego w Saragossie". Był podobnie jak ja - zaintrygowany miastem. Podobnie jak ja - pytał, zaglądał, notował - chociaż akurat trwała wojna, co zdawało mu się wcale nie przeszkadzać...

***

Ulica medyny nagle się rozszerza. Przed nami "rdzeń kręgowy i centrala telefoniczna Tangeru". PETIT SOCCO! Maleńki, prostokątny placyk, wokół którego bezczelnie walczy o pierwszeństwo kilkanaście pyskatych kawiarni. Miejsce, magiczne, niepojęte, szalone.

"Brodway, Piccadilly, wzystkie takie punkty zaznają spokojniejszych chwil, lecz małe Socco dudni całą dobę" - pisał Truman Capote. "To plac paradny prostytutek, skład handlarzy narkotyków oraz ośrodek szpiegowski, jest to również miejsce, gdzie zwyczajni ludzie przychodzą na aperitif."

W czasach Strefy Międzynarodowej Socco miało swoich charakterystycznych bywalców. Estelle, piękna pół-Chinka, pół-Murzynka, zanim została tangerską prostytutką, była podobno modelką w Paryżu. Muami, tancerz flamenco, pracował z zapałem w tej samej dziedzinie, lecz go, niestety, zasztyletowano. Lady Warbanks, całkiem declase, prowadzała się z lesbijką Sunny, jedyną kobietą w Maroku, która miała własny gang przemytników.

Wokoło włóczyli się nieudacznicy bez pieniędzy, którzy usiłowali coś użebrać. Jeden podawał się za pisarza, chociaż był zwykłym grafomanem, drugi podobno stracił fortunę na hodowli pszczół w Indiach Zachodnich, trzeci trzymał pieniądze na koncie żony, która uciekła z gachem, czwarty mówił przechodniom obrzydliwości, żeby wydębić kilka dirhamów. Stary Żyd udawał detektywa, a Norweg wyjmował szklane oko i opowiadał, że zbiera na nowe, bo zamierza zostać kelnerem.

"Wszyscy przeklinają Tanger, mając nadzieję, ze jakimś cudem wyrwą się z Socco Chico. Dostaną pracę na jachcie, napiszą bestseller, przemycą 1000 skrzynek szkockiej do Hiszpanii, znajdą kogoś, kto sfinansuje ich system gry w ruletkę..." - pisał Burroughs.

Jak każe obyczaj, siadamy w słynnej Cafe Central. Przyglądamy się tangerczykom, turystom, naganiaczom, cwaniakom i kombinatorom, których zawsze jest tutaj pod dostatkiem. - Tanger żyje po swojemu - mówi el Ghouch - choć hipisowska moda przeminęła. Powiem ci nawet coś smutnego. Tanger flirtował z Ameryką, a potem szybko strzepnął ręce. O tak! Pokazuje jak. - I już, koniec!

Moda minęła, ale na Petit Socco niewiele się zmieniło. Bo przecież właśnie tu uzgadnia się przerzut Afrykanów do Europy, tu kupuje się haszysz i marihuanę albo wychodzi z naganiaczem do "pokojów na górze", gdzie czekają zawsze chętne rifeńskie dziewczęta i rifeńscy chłopcy. Ba... Socco ma nadal swoich charakterystycznych typów.

- Powiedz panu, kim jesteś! - Ahmed wprawnie wyławia z tłumu mężczyznę w średnim wieku.

- W młodości paliłem trawkę z Billem Gatesem - recytuje facet.

Nie umiem się powstrzymać i wybucham śmiechem. - A ile wtedy miałeś lat? 5? 7? Teraz śmieje się już pół kawiarni.

Po chwili do stolika podchodzi starszy mężczyzna w jasnym, wełnianym dżelabie i niebieskiej czapeczce.

- Jestem tangerskim Pele! Grałem w "Lwach Atlasu".

Wszyscy kiwają głowami z uznaniem. Mężczyzna sięga do portfela i wyciąga zdjęcia. - W 1972, w Norymberdze, na igrzyskach olimpijskich, dostaliśmy od was pięć do zera. Wylicza na palcach - Kmiecik, Lubański, Deyna... - podnosi w górę dwa palce, oznaczające dwa strzelone gole - i Gadocha. Wszyscy kiwają głowami. - I co teraz? Koniec z polską piłką? Macham smutno ręką. - Nas też ominęło szczęście - ciągnie "Pele" myśleliśmy, że mundial odbędzie się w Maroku. O dziwo - wcale nie chce pieniędzy. Czego chce? Uznania.

***

Pani D. J., Polka z Kostrzynia, kupiła we wrześniu rezydencję w Tangerze, gdzie mieszka wraz z mężem - właścicielem sporej firmy parkieciarskiej i z pięcioletnią córką. - Jak się tutaj czuję? Wspaniale - odpowiada. - Jak na egzotycznych wakacjach.

Historia pani D. jest właściwie typowa. W kraju była pedagogiem w domu dziecka, w latach 90. wyjechała do brata, do Belgii, żeby mu pomóc w prowadzeniu knajpy. Tam poznała przyszłego męża, z którym założyła firmę budowlaną. Sprowadzali nawet po 30 fachowców - Ale wie pan, jacy roszczeniowi bywają Polacy!

Poza tym Belgia to wysokie podatki, duże koszty utrzymania, naglące terminy. W Maroku jest inaczej! Spokojniej! I fachowcy świetni. - Tu jest ogromny rynek. Tu budują wszyscy! Arabowie z Syrii, Kuwejtu, Emiratów, Amerykanie i Europejczycy. Pewnie też szara strefa. Pewnie na budowach pierze się brudne pieniądze pochodzące z przemytu, narkotyków, prostytucji, korupcji. Ale kto o to pyta? Urzędnicy biorą swoje i milczą.

Sąsiadka pani D. to dyrektorka banku - rodowita Francuzka. Szkoła, do której chodzi córka D. J. - to szkoła międzynarodowa. Czas wolny uprzyjemniają paniom spotkania w ekskluzywnym stowarzyszeniu zagranicznych kobiet. W Tangerze żyje się naprawdę słodko, miło i... światowo.

***

Droga do kazby pnie się ostro ku górze, ku największemu mitowi miasta - Sidi Hosni! Wokoło rozgrywa się uliczny teatr: pokrzykują druciarze, skandują specjaliści od ostrzenia noży, pędzą kolorowi mężczyźni na osłach.

Z dachu kawiarni Alibaba widać pyszne białe tarasy budynku, który oszałamiał kiedyś światowe elity. Oto baśniowa rezydencja amerykańskiej multimilionerki Barbary Hutton, spadkobierczyni fortuny Woolwortha, która kupując pałac przebiła hojną ofertę generała Franco.

Tu, na szalonych balach, bawili się: Onasis i Jacqueline, Chaplin i Garbo, Maria Callas i Cecil Beaton. Egzotyczne tancerki wykonywały taniec brzucha, błękitni nomadzi jeździli na wielbłądach, a gospodyni przyjmowała hołdy siedząc na tronie w diamentowej tiarze, należącej kiedyś do carycy Katarzyny!

Królowa Tangeru!

- Chcesz wejść do środka? Daj robotnikom, którzy remontują dom po kilka euro. Tylko ostrożnie, bo tu wciąż mieszkają krewni milionerki - mówi Ahmed.

Biała budowla przypomina labirynt - ma 15 wspaniałych komnat, dwie jadalnie, 3 sypialnie, kilka salonów prowadzących do sali tronowej i domek dla gości. Ściany zdobią płytki ceramiczne, mauretańskie łuki, rzeźbione kasetony, dziedzińce są pełne fantastycznych kwiatów, a z ogromnego tarasu na dachu roztacza się niezapomniany widok na wybrzeże Hiszpanii.

"Kiedy lato 1960 roku dobiegało końca, dwie wielkie imprezy dostarczyły emocji tym, którzy wiedzieli, że Tanger powoli umiera. Pierwszym było przybycie króla Muhammada V, drugim gala wyprawiana przez Barbarę Hutton która jawiła się jako anachroniczny przejaw upojnego zbytku" - pisze Michelle Green.

29 sierpnia przez Kasbę przetoczyły się dwie setki zaproszonych gości. "Oślepiająca bielą, skąpana w świetle reflektorów rezydencja Sidi Hosni wyglądała jak pałac godowy na przyjęcie sułtana w baśni z Tysiąca i jednej nocy" - relacjonował Paul Bowles. "Kolekcja malarstwa była olśniewająca: Kandinsky, Klee, Dali, Braque i Manet... Kelnerzy biegali z tacami, na których piętrzyły się ogromne homary i łosoś importowany ze Szkocji... Na dużym dziedzińcu występowała grupa tancerzy flamenco...".

Tak. To było ostatnie lato tangerskich ekscentryków i koniec Strefy Międzynarodowej. Finał mitu. Mitu, który był w gruncie rzeczy żałosny. Starożytny Tanger zawsze kąpał się w opowieściach śródziemnomorskich: o Heraklesie, który oderwał Afrykę od Europy, o wielkich epickich herosach - Argonautach. Kim byli przy nich: Burroughs i jego naśladowcy? Płaczącymi nad sobą gówniarzami. Ot i wszystko!

***

Czas kończyć spacer. Zapraszam Mahomeda na kawę, mówię, że mój ojciec jest przewodnikiem miejskim. On również chce powiedzieć coś osobistego. - Widzę, że nie jesteś zwykłym turystą - ty próbujesz zrozumieć Maroko.

Wyjmuję 15 euro, co tam. Nagle twarz przewodnika robi się pociągła. - Przepraszam, ale umawialiśmy się na 30. Przez moment czuję dziwne drętwienie w okolicy serca. 13 to przecież nie 30, zresztą takich cen po prostu nie ma.

Ghouch robi tragiczną minę, kręci głową. - Tak mi przykro, od razu mówiłem, że liczę na 30 euro, chyba mnie źle zrozumiałeś?

Upada łatwy mit - porozumienia ponad kulturami, porozumienia opartego na wspólnocie doświadczeń. Jest mi smutno. Płacę, wstaję. Przewodnik mówi sam do siebie - Co to dla was, jesteście z Europy... Zresztą, jeśli Cię nie stać, jeśli jesteś w potrzebie, albo nawet w biedzie...

***

Nad Tangerem płonie wielkie, czerwone słońce. Dzień spływa powoli do morza. Jutro John Malkovich wyjedzie samochodem do Busif, a Debra Winger i Campbell Scott, opróżniając kolejne flaszki szampana, podążą pociągiem na południe. Pora i na mnie. Jadę szukać leśnych obozów afrykańskich uchodźców do Ceuty, a potem pól narkotykowych w górach Rif. Właśnie skąd trafia do Europy 60 procent marihuany i haszyszu.

Po skórze chodzi zimny dreszcz emocji...

Jakub Ciećkiewicz

* W trakcie pisania korzystałem z tekstów: Paula Bowlesa, Trumana Capote, Williama Burroughsa, Alfreda Chestera, Michelle Green, Jane Howard, Jamesa Grauerholza, Daniela Odiera, Yasin Adnan i innych. Zainteresowanym polecam "Literaturę na świecie" nr 7/8, 2005.

**Jacek Stwora, Dzielnica Szwarckopów

 

Czytak Dzoennik Polski
Czytak Dzoennik Polski

Jesteś tutaj: Podróże Podróże Król hipisów i królowa Tangeru