Najtrudniej mówić o osobie, której się nie znało, o człowieku, którego los odebrał 2-letniemu synowi, o człowieku, którego świadków życia już nie ma...
O człowieku, który żyje dzięki pamięci …syna i wnuków.
Władysław Rakocki był jedynym synem Władysława i Marty z domu Andrykowskiej, urodzonym w dniu 4 października 1916 roku w Szrederowie, powiat bydgoski. Ojciec Władysława zginął w wojnie z bolszewikami 31 sierpnia 1920, matka powtórnie wyszła za mąż za Jana Szynkowskiego, przyjaciela rodziny, w 1922 r. Ojczym stał się wzorem dla Władysława, „żywił” młodego Władka opowieściami o latach młodzieńczych jego i ojca, opowiadał o rodzinie, „karmił” patriotyzmem, za jego namową skończył szkołę zawodową, uzyskując dyplom czeladnika w zawodzie ślusarza.
19 grudnia 1940 r. Władysław poślubił Annę z domu Szynkowską, córkę Anastazego i Walerii z domu Raczkowskiej, bratanicę Jana Szynkowskiego. Młodzi zamieszkali w Rumi, gdzie Władysław pracował jako maszynista, Anna zajmowała się domem, w którym 27 listopada 1942 r. na świat przyszedł ich syn Ryszard. W wigilię 1943 r. Władysław dostał polecenie wyjazdu z transportem na Górny Śląsk. Pożegnał się z rodziną, obiecując Annie, że na nowy rok będzie w domu, wówczas będą świętować.
Nie wrócił. Anna próbowała dowiedzieć się czegokolwiek o losie swojego męża, wypytywała w dyrekcji, wśród znajomych kolejarzy, szukała kontaktu z dalszą rodziną na Śląsku, z nadzieją, że może w zawierusze wojennej nie mógł wrócić na Pomorze. Pisała pisma do urzędów, policji.
Cisza.
9 września 1944 r. z Derforgungamt Danzig otrzymała pismo informujące, że Władysław popełnił samobójstwo w dniu 5 stycznia 1944 r. o godz. 0.00 w Heydebreck /Kędzierzyn Koźle/ na Górnym Śląsku. Anna nie mogła i nie chciała uwierzyć, że mąż nie żyje, przecież obiecał, że wróci, przecież mają syna, kto teraz wychowa Ryśka, jak dadzą sobie radę... Nie pogodziła się z losem. Trwała wojna. Z Pomorza na Śląsk podróż była prawie niemożliwa. Prawie. Nie dla Anny. Zostawiła syna pod opieka rodziny, sama podjęła podróż w nieznane, wierząc, że odnajdzie męża i ojca.W Heydebrecku rozpytywała przygodnych ludzi, „granatowych” policjantów, uciekających Niemców, wracających Polaków, żołnierzy, jeńców. Traciła nadzieję, szukała na cmentarzach na mogiłach tabliczki z nazwiskiem męża. Dziewięć beznadziejnych miesięcy poszukiwań, wróciła do Rumi, wróciła z wiarą, że wojna się kończy i Władek do domu wróci – „inni wracali ...on też wróci”.
W 1948 r. nadszedł list od nieznajomego informujący szczegółowo o „wypadkach”, które miały miejsce w Kędzierzynie Koźlu. W szarej kopercie znajdowały się dokumenty i portfel Władysława, zdjęcia Anny i synka, fotografia Matki i chusteczka z monogramem „WR” wyhaftowanym przez Annę. Nieznajomy pisał, że Włodek, który dowiedział się, że „transport”, który prowadzi to ludzie do obozu koncentracyjnego w Auschwitz. „Powiedział, że dalej nie pojedzie. Esesmani wywlekli go z parowozu i strzelili w głowę. Nie cierpiał. Leżał na torach. Nad ranem podszedłem do ciała, zabrałem to, co miał przy sobie, rzeczy odsyłam”. Nic więcej, nie ma nazwiska, nie ma adresu zwrotnego. Nic.
12 września 1950 roku postanowieniem Sądu Grodzkiego w Gdyni Władysław Rakocki został uznany za zmarłego.
... nie ma już świadków tamtych wydarzeń,
nie ma grobu Władysława, nie znamy prawdy o Jego śmierci ...
Nie wiemy nic.
Pamiętamy...












