W corocznym plebiscycie"Przeglądu Sportowego" nominowano sportowców do tytułu "Sportowca roku 2010.Czytelnicy "Kronikarza będą mogli wytypować 10. najlepszych sportowców w sondzie, którą uruchomimy niebawem
TOMASZ ADAMEK (boks)
Za Tomaszem Adamkiem pierwszy pełny rok w kategorii ciężkiej. Niezwykle udany, bo „Góral” pnie się na szczyt. Zaczęło się jeszcze w 2009 roku, kiedy bezlitośnie obił Andrzeja Gołotę. To była jednak tylko rozgrzewka. W lutym 2010 Adamek pokonał na punkty Jasona Estradę, który nie ma znanego nazwiska, ale jest niesłychanie groźny. Później zdał swój najtrudniejszy test w królewskiej kategorii – wygrał starcie z Chrisem Arreolą. W dodatku na terenie przeciwnika, bo w Kalifornii. Arreola był wtedy uznawany za numer jeden wagi ciężkiej w USA. Bokser raczej toporny,
ale dysponujący niezwykle silnym ciosem i ciągle prący do przodu. Z Adamkiem nie dał rady. Polak oszukał go szybkością i ringową mądrością.Kolejną ofiarą Adamka został ponaddwumetrowy Michael Grant (wygrał kiedyś z Gołotą), w którym kiedyś widziano zbawiciela reputacji wagi ciężkiej. Nic dziwnego, że teraz wszyscy czekają na walkę Adamka z jednym z braci Kliczko. Jeśli Tomasz będzie tego chciał – do takiego starcia dojdzie. Prawdopodobnie już w przyszłym roku. – Obiecałem kibicom, że zdobędę trzeci pas mistrza świata w trzeciej kategorii i tego dokonam – mówi „Góral”. W USA jest już znaną postacią. Otrzymał nagrodę od Muhammada Alego, wstąpił do galerii sław stanu New Jersey, regularnie pisze o nim magazyn „The Ring”. Wciąż jest zwykłym chłopakiem z Gilowic, który jest na najlepszej drodze, by podbić świat. – Dzisiaj w USA większą widownię mają tylko Manny Pacquiao i Floyd Mayweather jr. Po nich jest Tomek – zaręcza jego współpromotor Ziggy Rozalski.
KAW
KATARZYNA BACHLEDA-CURUŚ, KATARZYNA WOŹNIAK, LUIZA ZŁOTKOWSKA (łyżwiarstwo szybkie)
Na torze Richmond Oval w Vancouver po 50 latach Polska ponownie sięgnęła po medal igrzysk olimpijskich w łyżwiarstwie szybkim. W wyścigu drużynowym na dochodzenie (2400 m) nasze zawodniczki sprawiły niespodziankę już w pierwszym biegu, eliminując w ćwierćfinale Rosjanki. Prawdziwą sensacją zakończyła się jednak walka o brąz. W emocjonującej rywalizacji Amerykanki wypracowały przewagę aż 0.7 sekundy, ale w końcówce osłabły. Imponujące zgraniem biało-czerwone rozpędziły się i zwyciężyły z imponującą przewagą 1.57 s. Niewiele brakowało, by Polki walczyły w Kanadzie o złoto – w półfinale z Japonią do awansu zabrakło zaledwie 0.19 sekundy.
Zespół do boju poprowadziła w Richmond najbardziej doświadczona Katarzyna Bachleda-Curuś. Trzykrotna olimpijka, 8. zawodniczka IO w Turynie na 1000 m, to wychowanka SKŁ Górnik Sanok, a dziś łyżwiarka LKS Poroniec. Energii koleżankom dodawała niezwykle waleczna 24-letnia warszawianka Luiza Złotkowska, startująca w barwach AZS AWF Kraków Zakopane. Wielką formę pokazała już rok wcześniej, zdobywając trzy brązowe medale Uniwersjady w Harbinie. Jeden w biegu drużynowym, wspólnie z Natalią Czerwonką, która w Vancouver była rezerwową. Stawkę znakomicie uzupełniała 21-letnia, niezwykle utalentowana Katarzyna Woźniak. Panczenistka WTŁ Stegny Warszawa to pierwsza medalistka mistrzostw świata juniorek (brąz w wieloboju 2009)
od czasów Erwiny Ryś-Ferens. Za olimpijski sukces zawodniczki odznaczone zostały Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Szkoda tylko, że dziś Paweł Abratkiewicz, jeden z trenerów naszej drużyny, pracuje już w Moskwie z reprezentacją Rosji.
PAB
MARCIN DOŁĘGA (podnoszenie ciężarów)
Jeden z najlepszych sztangistów świata ostatnich lat potwierdził klasę we wrześniowych mistrzostwach globu w Antalyi. Marcin Dołęga wywalczył drugi z rzędu, a trzeci w karierze złoty medal w kategorii do 105 kg. W dwuboju uzyskał 415 kg. – Wynik może nie rewelacyjny, ale jeśli zawsze pozwoli wygrywać wielkie imprezy, to nie będę narzekał – mówi z uśmiechem 28-letni zawodnik. Pochodzący z Łukowa ciężarowiec nie wystąpił w mistrzostwach Europy w Mińsku. Wolał w spokoju przygotowywać się do startu w Turcji. – Podsumowując sezon muszę przyznać, że równie jak tytuł z Antalyi cieszy mnie brak poważniejszych kłopotów ze zdrowiem. A z tym bywało ostatnio różnie – przypomina Marcin.
Na początku maja miało miejsce inne istotne wydarzenie na życiowej i sportowej drodze Dołęgi
– został zawodowym żołnierzem i zmienił barwy klubowe z Ekopaku Jatne Otwock na Zawiszę Bydgoszcz. W wojsku służy w stopniu szeregowego. – Nikt mi na szczęście nie każe wsiadać
do czołgu czy ganiać z karabinem po poligonie. Jestem w grupie sportowej i mam po prostu skupić się na treningu i zdobywaniu kolejnych medali – zaznacza sztangista.
W ubiegłym roku Dołęga miał pecha, bo mistrzostwa świata w Goyang, gdzie zdobył złoty medal, odbyły się już po ogłoszeniu listy nominowanych w naszym Plebiscycie. Sztangista dołączył do niej, gdy głosowanie trwało już w najlepsze, co znacznie ograniczyło jego szanse na znalezienie się
w czołowej dziesiątce. Teraz już nic nie stoi na przeszkodzie, by dzięki naszym czytelnikom i widzom TVP poprawił swoje najlepsze plebiscytowe osiągnięcie – 9. miejsce za 2006 rok.
SZTOM
TOMASZ GOLLOB (żużel)
Rok 2010 był najlepszym w karierze naszego znakomitego żużlowca. Wreszcie zdobył upragniony tytuł mistrza świata. Czekał na to dwadzieścia lat. Po złoty medal w Grand Prix sięgnął w pięknym stylu. Nad drugim w klasyfikacji Jarosławem Hampelem zyskał 29 punktów przewagi. Siedmiokrotnie stawał na podium. Wygrał turnieje w Pradze, Toruniu, Vojens i Terenzano. W dwóch z nich zdobył maksymalną liczbę punktów. Poza tym dwa razy był drugi i raz trzeci. Zdecydowanie poprawił swoje miejsce we wszystkich klasyfikacjach wszech czasów cyklu. Łącznie ma na koncie 129 startów, 707 biegów, z czego 249 wygranych, 1640 punktów, i 52 występy w wielkim finale. Medal mistrzostw świata zdobyty w tym roku jest siódmym w jego karierze. Miał już dwa srebrne
i cztery brązowe, więc tylko złota brakowało mu do kolekcji. W zdobyciu go nie przeszkodziły
mu nawet kłopoty w życiu prywatnym, dość burzliwy rozwód. Gollob był też kapitanem naszej reprezentacji, która w Vojens obroniła tytuł najlepszej drużyny świata. W Danii żużlowiec błysnął niesamowitą formą. W pierwszym biegu finałów Drużynowego Pucharu Świata upadł, ale w kolejnych mijał rywali niczym narciarz tyczki na stoku. Po tych zawodach trener kadry Marek Cieślak stwierdził, że takiego slalomu giganta nikt inny nie potrafiłby zrobić.
Gollob był również najskuteczniejszym zawodnikiem najlepszej ligi świata, czyli Speedway Ekstraklasy. Jego Caleum Stal Gorzów medalu nie zdobyła, ale lider drużyny był jedynym, który nie zawiódł. Świadczy o tym niesamowita średnia punktów na bieg – 2,657.
OST
JAROSŁAW HAMPEL (żużel)
Po trzech latach wrócił do cyklu Grand Prix i został wicemistrzem świata. 5 czerwca 2010 roku
w Kopenhadze wygrał swój pierwszy turniej w karierze. Na półmetku został liderem klasyfikacji generalnej. W sumie pięć razy stał na podium – raz na pierwszym, raz na drugim i trzykrotnie na trzecim stopniu. Dopóki utrzymywał formę, jeździł niczym automat. Był szybki na starcie, nie mylił się na trasie, skutecznie atakując jadących przed nim rywali. Po tym sezonie już nikt nie ma prawa nazwać Hampela zmarnowanym talentem.
28-letni żużlowiec ma również zasługi w osiągnięciu przez Polskę złotego medalu Drużynowego Pucharu Świata. Poza Gollobem to na nim spoczywał ciężar zdobywania punktów w najważniejszych wyścigach, a on tę presję potrafił udźwignąć.Do sukcesów pod biało-czerwoną flagą dodał też klubowe. Z Unią Leszno zdobył tytuł mistrza Polski, a z Vetlendą został mistrzem Szwecji. W obu drużynach chwalą Hampela za to, że jest skuteczny na torze i bezkonfliktowy poza nim. Potrafi współpracować z kolegami, bo mimo sukcesów pozostaje skromnym człowiekiem. W przyszłym roku Hampel chce walczyć o tytuł mistrza świata i ma nadzieję na zdobycie tytułu indywidualnego mistrza Polski. Na razie w tej rywalizacji ma na koncie dwa srebrne medale, a w minionym sezonie start mu się nie udał (5. miejsce), choć był jednym z głównych faworytów.Hampel lubi ekstremalne przeżycia. W tym roku jeździł motorem po ośnieżonym dachu katowickiego Spodka. Ścigał się też na żużlowym torze ze zdobywcą Pucharu Świata w wyścigach quadów Rafałem Sonikiem i kierowcą rajdowym Marcinem Wicikiem.
OST
ARSEN KASABIJEW (podnoszenie ciężarów)
Gdy 10 kwietnia 2010 roku Arsen Kasabijew wszedł na pomost mistrzostw Europy w Mińsku, miał bardzo poważną minę. Zdobył złoty medal i wysłuchał na podium Mazurka Dąbrowskiego kilka godzin po tym, jak w Smoleńsku rozbił się prezydencki samolot z 94 osobami na pokładzie. – Było smutno, bardzo smutno. Dowiedzieliśmy się o wszystkim od żony Szymona Kołeckiego – wspomina tamten dzień Arsen. Polskie obywatelstwo nadał mu prezydent Lech Kaczyński. Odpłacił się w najlepszy z możliwych sposobów – zwycięstwem. Kasabijew, który do Polski przyjechał w 2001 roku, to dzisiaj jeden z najlepszych ciężarowców świata w kategorii 94 kilogramów. W Mińsku zaliczył w dwuboju 392 kg. Co prawda w mistrzostwach świata był dopiero piąty (390 kg), ale złoto mistrzostw Europy mówi samo
za siebie. Już w Pekinie, podczas igrzysk olimpijskich, zajął czwarte miejsce (399 kg). Nie wszedł
na podium tylko dlatego, że nie kalkulował. Interesowało go tylko złoto. Pod tym względem przypomina swojego najbliższego przyjaciela – Szymona Kołeckiego. Trenują pod okiem tego samego szkoleniowca – Ivana Grikurovi. Wcześniej Arsen reprezentował barwy Gruzji, jest jednak Osetyńcem. Chciał zostać Polakiem. W naszym języku mówi piękniej niż wielu rodowitych mieszkańców naszego kraju. – Mieszkam tu dziesięć lat, właściwie pół mojego życia, z króciutkimi przerwami na wizyty w Gruzji. Tutaj czuje się jak w domu. Albo inaczej – tutaj jest mój dom.
Tak to wygląda – mówi Kasabijew, jedna z większych polskich nadziei medalowych na igrzyska olimpijskie w Londynie.
KAW
MAREK KOLBOWICZ, ADAM KOROL, KONRAD WASIELEWSKI, MICHAŁ JELIŃSKI, (wioślarstwo)
– Nie wierzę, po prostu nie wierzę – kręcił głową tuż po finałowym wyścigu mistrzostw Europy
w Montemor-o-Velho trener naszej złotej osady Aleksander Wojciechowski. Jego podopieczni ten rok mieli potraktować ulgowo, a jak zwykle zdominowali najważniejsze dla nich zawody w sezonie (MŚ w Nowej Zelandii ze względu na odległość tym razem postanowili odpuścić). W Portugalii bez problemów wyprzedzili niezwyciężonych przez kilka miesięcy Chorwatów i we wspaniałym stylu wywalczyli pierwsze miejsce. – Jeszcze na wodzie najgroźniejsi rywale kłaniali się chłopakom w pas. To był naprawdę piękny gest z ich strony – przyznał Wojciechowski.
Nasi wioślarze zdobyli ostatnie brakujące trofeum do mistrzowskiej kolekcji. Wcześniej cztery razy (Gifu, Eton, Monachium, Poznań) wygrywali czempionat globu, w Pekinie okazali się najlepsi w igrzyskach olimpijskich, a teraz triumfowali na Starym Kontynencie. – Po tych wszystkich kłopotach technicznych, po lipcowej kontuzji Adama (w Pucharze Świata w Lucernie na chwilę zastąpił go Piotr Licznerski – przyp. red.) ten występ był dla nas olbrzymim zaskoczeniem. Spodziewaliśmy się, że czeka nas kubeł zimnej wody, a wszystko skończyło się tak pięknie jak zwykle – powtarzał szczęśliwy Kolbowcz. A dawny trener Roberta Sycza i Tomasza Kucharskiego Jerzy Broniec, który w Polsce siedział przed telewizorem i analizował zawody, cmokał z zachwytu.
– Co rutyna, to rutyna. Taktycznie chłopcy rozwiązali to wszystko perfekcyjnie!
BG
PAWEŁ KORZENIOWSKI (pływanie)
Nie mamy drugiego takiego pływaka wśród panów, który potrafiłby wywalczyć tytuł mistrza Europy na długim basenie na trzech kolejnych imprezach. 25-letni Paweł Korzeniowski dokonał tej sztuki na swoim koronnym 200 m delfinem. Po Budapeszcie 2006 i Eindhoven 2008 – ponownie w stolicy Węgier w sierpniu 2010 roku wskoczył na najwyższy stopień podium. Pawłowi nie przeszkadzała rola faworyta, o czym otwarcie mówił. Pływał jak wytrawny taktyk. Siódmy w eliminacjach, daleko za pierwszym 18-letnim Marcinem Cieślakiem. W kolejnym wyścigu już przestał się ociągać, bo zależało mu na słupku z cyferką „4”, przydzielanym w decydującym starcie najszybszemu w półfinale. Finał był walką z wieloletnim rywalem Nikołajem Skworcowem. Nie dał uciec szybszemu Rosjaninowi, który po setce osiągnął niewielką przewagę. Po trzecim nawrocie już wychowanek oświęcimskiej SMS znalazł się lekko z przodu, a ostatnie 50 m to popis siły „Korzenia”. Wygrał (1:55.00) ze Skworcowem o 1.13 s. To czwarty czas w hierarchii światowej i najlepszy w Europie w tym roku. Także na setkę motylkiem Paweł – za trzecim podejściem w ME – wszedł do finału. Nie wywalczył medalu (6. miejsce) jak brązowy Konrad Czerniak, ale był zadowolony z poprawy szybkości. Ten rok był trudny dla pływaka AZS AWF Warszawa. Rozstał się po pięcioletniej współpracy z Pawłem Słomińskim i od lutego ćwiczy w grupie Roberta Białeckiego. Mówił, że potrzebował nowego bodźca. Szybko przystosował się do powrotu strojów tekstylnych. Uważał, że wreszcie będzie sprawiedliwie. No i sprawiedliwie został trzeci raz mistrzem Europy! KISS
JUSTYNA KOWALCZYK (biegi narciarskie)
Dzięki niej po 38 latach ponownie usłyszeliśmy podczas zimowych igrzysk olimpijskich Mazurka Dąbrowskiego. Triumfatorka zeszłorocznej edycji Plebiscytu na 10 Najlepszych Sportowców Polski Justyna Kowalczyk miała jeszcze lepszy sezon niż poprzedni! W Kanadzie sięgnęła po olimpijskie złoto w rywalizacji na 30 km stylem dowolnym ze startu wspólnego, wygrywając fascynujący finisz z Norweżką Marit Bjoergen. Zawodniczka z Kasiny Wielkiej dołożyła do tego srebrny medal w sprincie stylem klasycznym i brązowy w bieg łączonym. Ale prawdziwym suwerenem była w rywalizacji o Puchar Świata. Triumfowała po raz drugi z rzędu w klasyfikacji generalnej, a do dużej Kryształowej Kuli dołożyła dwie mniejsze – za rywalizację na dystansach i dla najlepszej sprinterki. Ustanowiła też rekord w liczbie zdobytych punktów w sezonie przez jedną zawodniczkę – 2064. Zwyciężyła również z rekordową przewagą – wyprzedziła Bjoergen aż o 744 pkt. Wygrała pierwszy raz w karierze rywalizację w Tour de Ski, zdobywając słynny podbieg Alpe Cermis. Zwyciężała ośmiokrotnie w zawodach o PŚ – począwszy od drugiego biegu sezonu (sprint stylem klasycznym), aż po prolog finału całego cyklu w Falun (2,5 km styl. klas.). W sumie aż 17 razy stała na podium. Kowalczyk po raz pierwszy w karierze wygrała zawody o PŚ w sprincie, na 5 i na 15 km stylem klasycznym, po raz pierwszy zwyciężała w biegach na terenie Słowenii, Niemiec i Rosji. Ale przede wszystkim została pierwszą wśród Polek multimedalistką zimowych igrzysk olimpijskich (a drugim sportowcem z naszego kraju po Adamie Małyszu).
PAB
ADAM KSZCZOT (lekkoatletyka)
21-letni student Politechniki Łódzkiej odniósł w tym roku największe sukcesy w całej karierze sportowej. We wszystkich najważniejszych imprezach stawał na podium, zdobywając w biegu
na 800 metrów brązowe medale Halowych Mistrzostw Świata w Ad-Dausze i letnich Mistrzostw Europy w Barcelonie oraz tytuły mistrza Polski pod dachem (Spała) i na stadionie (Bielsko-Biała).
Na dodatek zaś ustanowił w Berlinie rekord życiowy – 1:45.07.
Trenujący w RKS Łódź średniodystansowiec ustępował w kraju tylko złotemu medaliście z Barcelony Marcinowi Lewandowskiemu, z którym cztery razy przegrał latem, lecz raz wygrał zimą. Kszczot legitymuje się wywalczonym w 2007 w Hengelo tytułem mistrza kontynentu juniorów. W ubiegłym roku w Kownie został mistrzem Europy do 23 lat. W tej samej kategorii wiekowej sięgnął w sezonie 2010 po mistrzostwo Polski i na 800, i na 1500 metrów. To imponująca seria sukcesów, odniesionych w ciągu zaledwie trzech lat.
Podopieczny trenera Stanisława Jaszczaka pochodzi ze wsi i gdy był dzieckiem pomagał rodzicom
w pracy na roli w rodzinnym Konstantynowie (powiat Opoczno), gdzie również zaczął uprawiać sport, grając namiętnie w piłkę nożną. Na szczęście nauczyciel wychowania fizycznego Rafał Marszałek dostrzegł lekkoatletyczny talent Adama i namówił go trenowania biegów.
Wraz z Anitą Włodarczyk, Tomaszem Majewskim, Piotrem Małachowskim i Marcinem Lewandowskim Kszczot należy do ekskluzywnej grupy lekkoatletów, sponsorowanych przez Orlen,
a zwanej Orlen Team.
PETRO
MARCIN LEWANDOWSKI (lekkoatletyka, 800m)
W sezonie 2010 Marcin Lewandowski został w Barcelonie mistrzem Europy w konkurencji dla twardzieli – biegu na 800 m. Zajmował też czołowe lokaty w mityngach Diamentowej Ligi, w których rywalizował z mocarzami tego dystansu z Afryki. W Barcelonie presja była ogromna.
– Ja ledwie dawałem sobie z nią radę, a co dopiero on – stwierdził starszy brat i trener Marcina, Tomasz Lewandowski.
Na Stadionie Olimpijskim Marcin zaatakował już 300 m przed metą. Pociągnął pierwszy, postanowił – jak to określił – rozkręcić tę imprezę. Ostatnie 200 m to walka bark w bark z Michaelem Rimmerem. 50 m do mety, potem 30, 20 – Lewandowski i Rimmer wciąż biegli w szalonym tempie. Polak był szybszy od Brytyjczyka 0,10 s! Uklęknął za linią mety. – To była moja pierwsza myśl. Podziękowałem komuś tam w górze za pomoc, za to, co się stało – mówił potem. – Dałem z siebie nie 100, a 110 procent. Tak trzeba walczyć o medale. Zrobić to, co wydaje się niemożliwe
– podkreślił.
Jesienią 2009 roku bracia Lewandowscy trenowali w Kenii. Byli tam na zaproszenie Wilfreda Bungeia, mistrza olimpijskiego z Pekinu w biegu na 800 m. – Jestem bardzo młodym zawodnikiem, ciągle się uczę, nadal próbuję nowych rzeczy. Ten wyjazd był strzałem w dziesiątkę. Wzmocniłem się fizycznie, bo tam biega się albo z górki, albo pod górkę. Płaskich terenów nie ma. Złoto
z Barcelony to także zasługa pracy wykonanej w Kenii – stwierdził Lewandowski. Po mistrzostwach zadzwonił do Bungeia, podziękował. W tym roku znowu będzie biegał w Kenii z górki i pod górkę.
RK
TOMASZ MAJEWSKI (lekkoatletyka)
Od 2008 roku Tomasz Majewski (AZS AWF Warszawa) zdobywa rok w rok medale w pchnięciu kulą na najważniejszych imprezach międzynarodowych. W 2010 zdobył srebro letnich mistrzostw Europy w Barcelonie, ulegając zaledwie o centymetr Andriejowi Michniewiczowi z Białorusi. Zimą – nie zważając na dokuczające mu przez wiele tygodnie bóle kręgosłupa – wystartował w Halowych Mistrzostwach Świata w Ad-Dausze. I choć zajął dopiero piąte miejsce, udało mu się ustanowić rekord Polski pod dachem – 21,20 m.
Dla sportowca legitymującego się tytułami mistrza olimpijskiego (Pekin 2008), wicemistrza świata (Berlin 2009) i halowego mistrza kontynentu (Turyn 2009) oraz rekordem życiowym 21,95 m takie osiągnięcie nie było na pozór niczym nadzwyczajnym. Ponieważ jednak pekiński triumfator miał poważne kłopoty ze zdrowiem, jego wynik z Kataru, a także rezultaty z sezonu letniego, trzeba ocenić wysoko. A latem Tomasz uzyskał podczas mityngu Diamentowej Ligi w Brukseli 21,44 m, by wkrótce potem zająć drugie miejsce w Pucharze Kontynentalnym w Splicie, przegrywając tylko
z mistrzem świata Christianem Cantwellem. Majewski, który jest z wykształcenia politologiem, napisał pracę magisterską na temat Pomarańczowej Alternatywy, utworzonej przez autora zabawnych happeningów politycznych Waldemara Fydrycha. Całkiem niedawno mistrz olimpijski zadebiutował w zawodzie dziennikarskim jako felietonista czasopisma zajmującego się inwestycjami sportowymi. W przyszłości chciałby zostać dziennikarzem. Jest niezwykle oczytany, pochłania po sto książek rocznie.
PETRO
PIOTR MAŁACHOWSKI (lekkoatletyka, rzut dyskiem)
W 2010 roku nie było mocnych na polskiego dyskobola. 1 sierpnia Piotr Małachowski zdobył
w Barcelonie złoty medal i poprawił rekord mistrzostw Europy (68,87 m). Niecałe trzy tygodnie później, jako pierwszy Polak, został triumfatorem klasyfikacji generalnej Diamentowej Ligi. Przez cały sezon 27-letni Małachowski, trenowany przez Witolda Suskiego, rzucał bardzo daleko. Najdalej na mityngu w Gateshead – wynikiem 69,83 m aż o 68 cm poprawił tam własny rekord Polski.
Po tych zawodach był na siebie zły. – Jestem bardzo, ale to bardzo wkurzony. Dysk uderzył w linię oznaczającą 70 m i na początku myślałem, że jest, wreszcie udało się złamać tę barierę – przyznał.
Po sezonie 2009 Małachowski przeszedł operację palca wskazującego prawej ręki. Tej, którą rzuca. W tym roku wreszcie mógł trenować, chociaż nadal miewał problemy. – Jak jest ładna pogoda,
to dłoń nie dokucza. Kiedy pogoda się zmienia, ból znowu się pojawia – wyjaśniał. Na szczęście nie przeszkodziło mu to w wygrywaniu mistrzostw w Barcelonie. To zwycięstwo były bardzo ważne. Wcześniej Małachowski narzekał, że – jak filmowy Adaś Miauczyński – jest zawsze drugi. Drugie miejsce zajął w igrzyskach olimpijskich (2008) i w mistrzostwach świata (2009). Sukcesy ogromne, ale on chciał więcej. – Moim marzeniem zawsze było zwycięstwo w imprezie, w której zagrają mi polski hymn. I wreszcie jest jedynka. Oby przyczepiła się do mnie na dłużej – mówił w Barcelonie.
Cel na sezon 2011 to przekroczenie granicy 70 m. – Nie wiem, czy to będzie 70,01 m, czy 71,00.
Ale jestem pewien, że mogę rzucać bardzo daleko – obiecuje mistrz Europy.
RK
ADAM MAŁYSZ (skoki narciarskie)
Nic już z tego nie będzie – myślało pewnie wielu kibiców przed igrzyskami olimpijskimi w Vancouver. Adam Małysz tylko od czasu do czasu miał przebłyski dawnej, wielkiej formy. On sam cały czas zachowywał spokój i powtarzał, że cel to złoty medal olimpijski. – Gdybym w to nie wierzył, w ogóle nie jechałbym na igrzyska – przekonywał.
W Kanadzie oglądaliśmy jednak znowu wielkiego Adama. Dwa srebrne medale to absolutne maksimum tego, co można było osiągnąć. Szwajcar Simon Ammann był zwyczajnie nie do pokonania. – To srebro jest jak złoto – zgadzali się niemal wszyscy. Małysz z radości klękał na skoczni, całował narty i... kręcił z niedowierzania głową. Polscy kibice, którzy opanowali skocznię w Whistler, szaleli z radości. – Czwórka jest dla mnie szczęśliwa. Na koszulce, którą sprzedajemy w galerii, miałem napis 4x4, co oznaczało, że jestem czterokrotnym mistrzem świata
i czterokrotnym zwycięzcą Pucharu Świata, teraz zaś będzie 4x4x4 – tłumaczył Adam, bo w Kanadzie zdobył swój trzeci i czwarty medal olimpijski.Znowu był uśmiechnięty. Chętnie rozmawiał z dziennikarzami, pozował do zdjęć z kibicami,
po swoich skokach nie ukrywał łez. Zaczęły się dyskusje, czy Małysz wytrwa do igrzysk olimpijskich w Soczi. W końcu ciągle brakuje mu w kolekcji trofeów najważniejszego – olimpijskiego złota.
On sam przekonuje, że na razie myśli tylko o mistrzostwach świata w Oslo w przyszłym roku, a poza tym skupia się na kolejnych startach. Tylko że trudno sobie wyobrazić skoki bez Małysza, szczególnie w Polsce.
KAW
PRZEMYSŁAW MIARCZYŃSKI (żeglarstwo)
Należy do najbardziej wszechstronnych przedstawicieli windsurfingu na świecie. Zdobywał medale
w dwóch klasach olimpijskich oraz w Formule Windsurfing. W tegorocznym Plebiscycie otrzymał nominację za tytuł wicemistrza świata w RS:X. We wrześniu w duńskim Kerteminde przegrał tylko z innym Polakiem – Piotrem Myszką. Od lat uchodził za samorodny talent. Pierwsze regaty w życiu, które wygrał, od razu dały mu tytuł mistrza świata juniorów w 1995 roku. Od tamtego czasu nieprzerwanie należy do ścisłej czołówki żeglarzy, choć zmieniają się klasy i sprzęt, a on należy do grona najwyższych i najcięższych zawodników w specjalności olimpijskim windsurfingu, co bardzo przeszkadza, gdy są słabe wiatry.
– W tym roku dano mi do zrozumienia, że nie zaliczam się już do najmłodszych. Medalami muszę potwierdzać klasę, aby dopłynąć do kolejnych igrzysk olimpijskich. Dlatego z premedytacją poświęciłem mistrzostwa Europy, by jak najlepiej przygotować się do mistrzostw świata – zwierzał się „PS” w maju Miarczyński. W Kerteminde, mimo że nie było jego ulubionych silnych wiatrów, przy których nikt nie jest w stanie go prześcignąć, Przemek do ostatniego wyścigu przystąpił z drugiego miejsca, a na trasie wysunął się nawet na prowadzenie. – Nie udało się mi dotrzeć
do mety jako pierwszemu także przez trawę, w którą się zaplatałem, co oczywiście w niczym nie umniejsza sukcesu Piotra Myszki – mówił na mecie Miarczyński. Sopocianin po raz szósty w karierze zdobył medal na mistrzostwach świata w olimpijskiej specjalności, a po raz czwarty został wicemistrzem globu.
GW
JULIA MICHALSKA, MAGDALENA FULARCZYK (wioślarstwo)
Dla naszych wioślarek ten rok długo był niekończącym się pasmem nieszczęść. Wszystko zmieniło się na dwóch najważniejszych imprezach sezonu – mistrzostwach Europy w Portugalii i mistrzostwach świata w Nowej Zelandii. W pierwszej połowie roku nasza dwójka podwójna nie miała okazji wystartować razem w żadnej poważnej imprezie. Panie musiały po kolei rezygnować z udziału w trzech zawodach o Puchar Świata w Monachium, Lucernie i Bledzie, mistrzostwach kraju i akademickich mistrzostwach świata. W lutym podczas zgrupowania w Szklarskiej Porębie Fularczyk grając w siatkówkę zerwała więzadła. Przerwa w treningach trwała prawie cztery miesiące. W kwietniu u Julii stwierdzono początkową fazę zmęczeniowego złamania żebra. Po kilku tygodniach rehabilitacji szczęśliwie wróciły do treningów, ale pech ich nie opuścił, bo wkrótce Magda uczestniczyła w niegroźnym wypadku samochodowym. Nikt poważnie nie ucierpiał, ale ona nieszczęśliwie uderzyła się w nogę, co równało się kolejnej przerwie. Jakby tego było mało, w Montemor-o-Velho w mistrzostwach Europy Julia startowała chora. Ale zawziętość zawodniczek Trytona Poznań pozwoliła im wywalczyć srebrny medal i przekonać do siebie niedowiarków, którzy przedwcześnie uważali, że stracą ten rok. W listopadzie w nowozelandzkim Lake Karapiro zmierzyły się ze światową czołówką i znowu nie zawiodły. Choć same są niezadowolone, bo zajęły dopiero trzecie miejsce, to po tym pełnym różnego rodzaju problemów sezonie należy uznać brązowy medal mistrzostw globu za sukces. A jednocześnie za motywację do dalszej pracy.
WOJ
PIOTR MYSZKA (żeglarstwo)
Mistrz świata 2010 w klasie RS:X zapracował na sukces cierpliwością i pracowitością. Przez lata był w czołówce polskiego windsurfingu, ale zawsze w cieniu tych najbardziej znanych. W tym roku wreszcie wysunął się na czoło. W lipcu w Sopocie wywalczył brązowy medal mistrzostw Europy,
a na początku września w duńskim Kerteminde zdobył złoto mistrzostw świata w olimpijskiej klasie RS:X. Pierwsze miesiące nie wskazywały, że będzie to rok przełomu. W europejskim championacie Piotr w swoim stylu tracił pozycję, im bliżej było rozdania medali. Przed ostatnim wyścigiem był drugi, a z trudem utrzymał brąz. Dopiero dwa miesiące później doskonale poradził sobie ze stresem. W Danii do wyścigu medalowego przystępował jako lider i choć na trasie tracił prowadzenie, to kapitalnym finiszem zapewnił sobie złoto. – Cieszę się nie tylko z tych sukcesów, ale także z tego, że choć na chwilę w gazetach utrzymywałem się przed Robertem Kubicą. Wcześniej przeciętni kibice nawet o mnie nie słyszeli, bo co z tego, że byłem dobry, skoro liczą się tylko tytuły i medale
– z uśmiechem deklaruje Piotr. Żeglarz wychowany w Mrągowie, który profesjonalną karierę związał z gdańskim AZS AWFiS, medale zadedykował najbliższym: żonie Zuzannie oraz 17-miesięcznemu synkowi Antosiowi.
– Dzięki nim zyskałem nowe pokłady motywacji. Nigdy nie robiłem nic w sporcie na pół gwizdka,
ale gdy urodził się syn, powiedziałem sobie, że teraz muszę dać z siebie wszystko. Żona jest psychologiem. Dużo rozmawialiśmy o moich startach. Przyczyna wcześniejszy niepowodzeń ewidentnie tkwiła w głowie – ocenia Myszka.
GW
MAGDALENA PIEKARSKA (szermierka, szpada)
Miniony sezon był najlepszym w karierze 24-letniej zawodniczki AZS AWF Warszawa. Z pewnością największym jej osiągnięciem było wywalczenie srebrnego medal w turnieju indywidualnym i złotego drużynowo w mistrzostwach Europy. Za sukces zawodniczki trenera Mariusz Kosmana trzeba również uznać piąte miejsce w paryskim czempionacie globu. Od podium naszą reprezentantkę dzieliły tylko trzy trafienia...
Sezon 2010 Polka zakończyła jako trzecia w klasyfikacji Pucharu Świata. To najlepsza lokata wśród polskich szpadzistek w historii szermierki. Złożyło się na to pięć występów w szerokim finale Pucharu. Najlepiej spisała się w Nankinie podczas Grand Prix, kiedy zajęła drugie miejsce. Podczas zawodów w Łobni pod Moskwą była trzecia, w Hawanie piąta, a w Montrealu i Flurini szósta. Reprezentacja z Piekarską w składzie triumfowała w zawodach o Grand Prix rozgrywanych w Paryżu oraz Ad-Dausze.Magdalena jest szpadzistką bardzo dobrze wyszkoloną technicznie. W poprzednim sezonie nie potrafiła tego w pełni wykorzystać. W tym roku nabrała pewności, doświadczenia, co pomaga jej zadawać trafienia decydujące o zwycięstwie. Widać to zwłaszcza w turniejach drużynowych, jak choćby na mistrzostwach Europy w Lipsku. Spokój i rozwaga pozwoliły jej zadać Włoszce Nathalie Moellhausen dziesięć trafień, przy stracie tylko pięciu, co zapewniło Polkom złoto. W tegorocznych mistrzostwach Polski Piekarska zajęła trzecie miejsce. Natomiast była bezkonkurencyjna w Pucharze Polski.
MAK
PIOTR SIEMIONOWSKI (kajakarstwo)
Ma dopiero 22 lata, a już należy do światowej czołówki sprinterów. W tym sezonie w dwóch największych imprezach – mistrzostwach świata i mistrzostwach Europy – wywalczył brązowy medal na nowym, dynamicznym i bardzo widowiskowym dystansie olimpijskim: na 200 m.
– W mojej konkurencji o wyniku zwykle decydują drobiazgi. Kiedyś zdarzyło się, że miejsce
na podium ważnej imprezy przegrałem o osiem tysięcznych sekundy. Czyli, jak później obliczyliśmy, dokładnie o centymetr! Na mecie takiej różnicy często nie da się zauważyć, lecz nie oceniałbym, że biorę udział w loterii. Szczęście na wodzie mają najczęściej ci mocniejsi – opowiada Siemionowski. Uśmiecha się, gdy porównujemy go do Usaina Bolta: – Są pewne podobieństwa. Nasza reakcja startowa jest zbliżona, choć to raczej jemu przydaje się dobry refleks. On biega 200 metrów poniżej 20 sekund, ja płynę ten odcinek około 36. W specjalności Jamajczyka błąd na starcie może się okazać bardziej kosztowny niż w mojej. Obaj jednak staramy się pracować głównie na dystansie:
o naszym rezultacie decyduje przede wszystkim technika biegania i wiosłowania w momencie, gdy się rozpędzimy – tłumaczy. Najlepszy polski kajakarz minionego sezonu nie chce zatrzymać się na brązie. Na szczyt planuje się wspinać szczebel po szczebelku. – W przyszłym sezonie w mistrzostwach świata niech będzie srebro, a na igrzyskach w Londynie złoto. Moje atuty? Jestem jedynkarzem i czasami łatwiej mi się przygotowywać, bo zwykle ćwiczę indywidualnie a nie w grupie. Mam nadzieję, że dalej będę się rozwijać tak harmonijnie jak do tej pory – mówi.
BG
GRZEGORZ SUDOŁ (lekkoatletyka, chód)
W Barcelonie Grzegorz Sudoł został wicemistrzem Europy w chodzie na 50 km. To jego życiowy sukces. – Ten medal jest zdecydowanie cenniejszy od czwartego miejsca ubiegłorocznych mistrzostw świata w Berlinie – stwierdził Polak.
Długo czekał na taki dzień. Kiedy minął linię mety przypomniały mu się złe chwile kariery, w tym ta najgorsza. W 2005 roku został zdyskwalifikowany na mistrzostwach świata w Helsinkach. Zdjęto go z trasy, kiedy walczył o medal. Bolało? – Bardzo. Do dziś boli – twierdzi nasz chodziarz. Wtedy siedział na krawężniku i płakał. Teraz były łzy szczęścia. Już dwa lata temu, podczas igrzysk olimpijskich w Pekinie, liczył na miejsce w pierwszej piątce. – Niestety, przesadziłem tam z tempem. Szedłem czwarty i na 44 km wypadł mi z kieszonki żel energetyczny. Potem zabrakło mi energii
i skończyło się na dziewiątym miejscu. To była porażka, bo cztery lata wcześniej, w Atenach zająłem miejsce siódme – tłumaczy Sudoł.Od 2009 roku współpracuje z mistrzem świata i wicemistrzem olimpijskim w chodzie Ilią Markowem. Nie kryje zachwytu. – Ilia bardzo mi pomógł. Śmiało mogę go nazwać przyjacielem – mówi zawodnik AZS krakowskiego AWF. W tej uczelni Sudoł jest też pracownikiem naukowym. W planach ma doktorat z chodu na dystansie 50 km. Plany sportowe? – Zostałem wicemistrzem Europy i mam nadzieję, że na dobre zaczynam karierę. Mam 32 lata, dopiero się rozkręcam. A jestem już doświadczony, przed startem nie gotuje mi się w głowie, więc kolejne sezony mogą należeć do mnie – zapowiada Sudoł.
RK
SŁAWOMIR SZMAL (piłka ręczna)
Nigdy w historii polskiego sportu nie zdarzyło się, żeby polski zawodnik w dyscyplinie zespołowej został wybrany na najlepszego w swojej specjalności na świecie. Aż do tego roku. Pierwszym takim graczem stał się szczypiornista Sławomir Szmal, bramkarz reprezentacji Polski. W maju kibice z całego świata w plebiscycie Międzynarodowej Federacji Piłki Ręcznej wybrali go na najlepszego szczypiornistę globu ubiegłego roku. Cenili go wyżej niż takie gwiazdy jak Chorwat Igor Vori i Francuz Nikola Karabatic.
To wielki zaszczyt dla 32-letniego wychowanka Stali Zawadzkie, ale nie jedyny. W styczniowych mistrzostwach Europy w Austrii, gdzie Polska wywalczyła czwarte miejsce, Szmala uznano za najlepszego bramkarza turnieju, choć rywali miał nie byle jakich – Thierry’ego Omeyera, Mirko Alilovicia czy Kaspera Hvidta. Podczas ośmiu spotkań obronił aż 123 rzuty przeciwników, czyli średnio aż ponad 15 na mecz. Miał przeciętną skuteczność na poziomie 39 procent, przy czym już 33 procent uważa się za wynik bardzo dobry. Szmal ma duży wpływ na zespół, a koledzy liczą się z jego zdaniem. Dowodem jest opaska kapitana drużyny narodowej, którą przejął po Grzegorzu Tkaczyku i Damianie Wleklaku. Tkaczyk wrócił ostatnio do kadry, ale nawet nie myślał o odebraniu koledze funkcji. – Uważam, że Sławek bardzo dobrze wywiązuje się z roli kapitana – podkreślił.
Szmal występuje w czołowym niemieckim klubie Rhein-Neckar Löwen, ale już za kilka miesięcy będziemy mogli oglądać na co dzień jego parady w polskiej ekstraklasie. Zawodnik podpisał bowiem kontrakt z mistrzem Polski Vive Targami Kielce.
OSA
ANITA WŁODARCZYK (lekkoatletyka)
Brązowy medal mistrzostw Europy 2010, zdobyty w rzucie młotem przez 25-letnią Anitę Włodarczyk, byłby czymś rozczarowującym dla ubiegłorocznej mistrzyni świata, gdyby nie nadzwyczajne okoliczności jej startu w Barcelonie. Najlepsza polska lekkoatletka pojechała tam na własne ryzyko, mając za sobą półtoramiesięczne zmagania z poważnym urazem kręgosłupa, uniemożliwiającym normalny trening.
Gdyby nie kłopoty ze zdrowiem, pewnie nie dałaby się pokonać na ME ani jednej rywalce. Prognozy na początku sezonu były bardzo optymistyczne. Pod okiem nowego trenera Krzysztofa Kaliszewskiego Anita osiągnęła wiosną życiową formę i 6 czerwca rzuciła w Bydgoszczy na odległość 78,30 m, poprawiając o 34 centymetry swój poprzedni rekord świata. Potem jednak była zawodniczka AZS Poznań (zmierzająca obecnie ku warszawskiej Skrze) więcej czasu spędzała u lekarzy niż na stadionie.Warto przypomnieć, że po zwycięstwie w MŚ 2009 w Berlinie wychowanka Czesława Cybulskiego stała się wielką gwiazdą lekkoatletyki i nie żałuje, że zajęła się tą dyscypliną, rezygnując ze ścigania się na speed-rowerze, chociaż w pedałowaniu po torach żużlowych doszła do tytułu mistrzyni kontynentu.Anita przymierza się do wykonywania zawodu trenera. Kończy studia w poznańskiej AWF. Mieszkając w Poznaniu zasłynęła z treningów pod mostem św. Rocha. W 2010 roku Krzysztof Kaliszewski namówił ją, by zaczęła się uczyć gry na instrumentach klawiszowych i już od kilku miesięcy rekordzistka świata zabiera na każdy obóz treningowy keyboard.
PETRO
KRZYSZTOF WŁODARCZYK (boks)
Rok 2010 był przełomowy w karierze Krzysztofa „Diablo” Włodarczyka. Co prawda mistrzem świata był już wcześniej, bo w 2006 roku wszedł w posiadanie pasa IBF (stracił go w rewanżowej walce
ze Steve’em Cunninghamem), ale dopiero teraz oglądaliśmy dojrzałego boksera. – Wcześniej czegoś mu brakowało, chyba nie dorósł jeszcze do pasa – przyznał jakiś czas temu trener boksera KnockOut Promotions Fiodor Łapin, wspominając poprzednie lata.W tym roku Krzysztof wygrał rewanżowy pojedynek z Giacobbem Fragomenim i zdobył pas WBC w kategorii junior ciężkiej. I to w wielkim stylu. Włodarczyk w łódzkiej Atlas Arenie boksował przede wszystkim mądrze i konsekwentnie. Tak dobrze, że wielki wojownik, jakim zawsze był Fragomeni, w ósmej rundzie nie był już w stanie dalej walczyć. – Jestem mistrzem świata i jeszcze długo nim będę. Nie oddam tego pasa – odgrażał się „Diablo”.Kilka miesięcy później zmierzył się w hali stołecznego Torwaru z Jasonem Robinsonem. Leworęczny Amerykanin dotrwał w ringu do ostatniego gongu, ale nikt nie miał nawet cienia wątpliwości, że to Polak był lepszym bokserem. To był bardzo ważny test, bo Włodarczyk w zawodowej karierze walczył z mańkutem tylko raz, i to w debiucie.Teraz przed „Diablo” ciekawe perspektywy. Wciąż mówi się o turnieju Super Six w kategorii junior ciężkiej, gdzie Włodarczyk byłby jednym z faworytów. Wcześniej czeka go obowiązkowa obrona pasa w starciu z Francisco Palaciosem z Portoryko. Rywal co prawda wciąż jest niepokonany, ale przecież „Diablo” jeszcze długo ma być mistrzem.
KAW
MAJA WŁOSZCZOWSKA (kolarstwo szosowe)
Wiedziałam, że to mój czas – powiedziała „PS” szczęśliwa po zejściu z podium mistrzostw świata w Kanadzie Maja Włoszczowska. W tęczowej koszulce, ze złotym medalem na szyi i łzami w oczach po wysłuchaniu Mazurka Dąbrowskiego. Na jednej z najtrudniejszych tras świata nie dała rywalkom absolutnie żadnych szans. Kiedy do mety dojeżdżała druga zawodniczka – Maja zdążyła już uspokoić oddech. A przecież to niejedyny sukces wicemistrzyni olimpijskiej z Pekinu w ostatnim sezonie. Zdobyła też srebro mistrzostw Europy w Izraelu. Srebro, bo najwyższe miejsce na podium przegrała o jakieś 1,5 centymetra na ostatnim metrze. Warto pamiętać także o triumfach na szosie, bo Maja to przecież aktualna górska mistrzyni Polski, właśnie na szosie, i najlepsza w kraju specjalistka w jeździe indywidualnej na czas.Celem numer jeden w minionym roku był jednak światowy czempionat. Już podczas ostatniego sprawdzianu – zawodów o Puchar Świata w Val di Sole, Maja wjechała na metę pierwsza. W Kanadzie powiedziała wprost, że chce złota. Nigdy wcześniej nie składała takich deklaracji. Podobnie jak jej trener. To był jasny znak, że Polka jest niezwykle mocna. A miała do wyrównania rachunki z losem. Rok wcześniej w Australii na jednym z ostatnich treningów przed mistrzostwami świata zawodniczka CCC Polkowice upadła tak nieszczęśliwie, że konieczna była hospitalizacja.
– Jeszcze nie jestem spełnionym sportowcem. Brakuje mi dwóch ważnych trofeów, czyli olimpijskiego złota i triumfu w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Mam się po co ścigać. Wygrywanie jest super – mówi Maja.
KAW
ADRIAN ZIELIŃSKI (podnoszenie ciężarów)
Stać go na bardzo dużo – przekonywał nas przed startem Adriana Zielińskiego w mistrzostwach świata Szymon Kołecki. Dwukrotny wicemistrz olimpijski miał rację – Zieliński w tureckiej Antalyi dźwigał jak natchniony. I wygrał! Został mistrzem świata w kategorii 85 kilogramów. Zaledwie 21-letni sztangista pobił rekord Polski Andrzeja Cofalika sprzed trzynastu lat. Niespodzianka, sensacja! – pisały polskie media. Ze sporą przesadą, bo przecież Zieliński jechał
do Turcji jako uznany zawodnik. Udowodnił swój wielki talent zwyciężając w ubiegłorocznych mistrzostwach świata i Europy juniorów. W tym roku zrezygnował ze startu w mistrzostwach Europy, bo celem był występ w Turcji. Podczas przygotowań imponował techniką. Był tak regularny, że podczas przygotowań spalił sześć z... kilku tysięcy podejść do sztangi. – Adrian jest młody, zdrowy i w życiowej formie. W takiej sytuacji można dokonywać wielkich rzeczy. Jakiś czas temu przeanalizowałem jego wyniki na wielkich imprezach. Rok temu bardzo się poprawił i zastanawiałem się, jak będzie dalej. A on dołożył jeszcze więcej! Oby tak dalej a podczas igrzysk w Londynie nikt z nim nie powalczy. I niech nikt mi nie mówi, że mu się udało. Jeśli już wejdziesz na wysoki poziom, to zostajesz w tym kręgu – przekonuje Kołecki. Jego zdaniem Adrian ma jeszcze jedną cechę sprawiającą, że z tego młodego sztangisty z Mroczy będziemy mieli jeszcze sporo pociechy.
– To ułożony chłopak. Nie jest z tych, którzy mają ogromny talent i nic nie muszą robić, bo wszystko łatwo im przychodzi. Talent ma, ale zna smak ciężkiej pracy – mówi Szymon.
KAW
Źródło; Przegląd Sportowy, internet












