Kiedy Małgorzata Kozłowska i jej mąż Krzysztof, w połowie Francuz, kupowali croissanty w Nowym Jorku, on zawsze mówił, że w tym mieście nigdzie nie można znaleźć naprawdę dobrych. Żartował też, że jego żona sama powinna zacząć je piec. W pewnym momencie pani Małgorzata postanowiła potraktować to poważnie.
"Zawsze lubiłam piec, gotować, robiłam to dla przyjaciół, więc pomyślałam,
Bartosz Dunin, syn właścicielki Margo Patisserie parzy organiczną kawę dla klientów Foto - Anna Śpiewak
Pomysł zmaterializował się ubiegłego lata. Pani Małgorzata otworzyła Margo Patisserie, przy Driggs Avenue na Brooklynie, francusko-amerykańską cukiernię nazwaną jej imieniem.
Lokal nie jest duży, ok. 300 stóp kwadratowych (27 m), nie licząc kuchni. Ale pani Małgorzacie to odpowiada. "Chciałam czegoś mniejszego i przytulnego, i koniecznie na Williamsburgu. Lubię tę dzielnicę" – mówi.
W lokalu o nowoczesnym wystroju jest czysto i przytulnie. Przy sześciu stolikach siedzi młoda klientela i wpatrzona w laptopy popija cappuccino lub espresso. W tyle słychać muzykę jazzową w stylu lat 30.
W cukierni zawsze jest ruch. Pani Kozłowska mówi, że często ludzie z Manhattanu przyjeżdżają tu specjalnie, aby kupić wypieki czy, jak mówią Francuzi, viennoiseries.
Popularność cukiernia zawdzięcza między innymi francuskiemu piekarzowi, który pochodzi z rodziny od kilku pokoleń zajmującej się tym fachem. Do USA przyjechał z Francji pięć lat temu. "Nasze croissanty smakują dokładnie tak samo jak w Paryżu" – podkreśla pani Małgorzata.
Poza croissantami w Margo Patisserie spróbować można także m.in. francuskich ciasteczek, zjeść kanapki z szynką i serem oraz quiche (francuskie zapiekanki). Do tego jest także organiczna kawa, herbata.
Główną klientelę stanowią ludzie mieszkający w okolicy: artyści, muzycy, młodzież, profesjonaliści. Jest sporo Europejczyków, którym cukiernia przypomina to, co znają ze swoich krajów.
28-letni Andrew Spitz, z pochodzenia Francuz, przychodzi tu codziennie po bagietkę na lunch. "To jest cholernie dobra cukiernia, nie jest tu za głośno, a wszystko smakuje dokładnie tak jak we Francji" – mówi.
27-letnia Stephanie Smith w Margo Patisserie jest dwa razy w tygodniu. Na ogół zawsze zamawia croissanta z kawą. Stephanie w tym roku pierwszy raz była we Francji i tam zachwyciła się tamtejszą kuchnią. "Podoba mi się, że wszystko jest domowej produkcji. To także jedyna w okolicy cukiernia, w której można dostać prawdziwe francuskie makaroniki (ciasteczka z białka, cukru z dżemowym lub kremowym nadzieniem)" – mówi Smith.
Małgorzata Kozłowska, szczupła szatynka, jak chyba każda kobieta, woli nie rozmawiać o swoim wieku. Ma dorosłego syna, który pomaga za ladą. Wygląda on jednak bardziej na jej młodszego brata.
Do Stanów Zjednoczonych przybyła z Wrocławia w 1985 roku. Syn był jeszcze wtedy mały. Przyjechała razem z pierwszym mężem, do mieszkającej tu jego rodziny. Małżeństwo nie przetrwało jednak próby imigracyjnego życia. Po pięciu latach związek się rozpadł. "Poczułam, że nasze drogi się rozchodzą, nie było między nami porozumienia" – wspomina właścicielka cukierni.
Mąż pani Małgorzaty wrócił do Polski. Ona jednak wybrała Amerykę. Zdecydowała się zostać z małym dzieckiem. Poszła do pracy, a później zapisała się na studia. Nie było łatwo, ale udało się. Skończyła grafikę w School of Visual Arts na Manhattanie. Potem przez 11 lat pracowała w swoim zawodzie. Najpierw dla wydawnictwa, a później dla firmy organizującej konferencje.
Z czasem miała jednak "dosyć biura". Zaczęła pracować z domu. Kiedy w 2004 roku poznała obecnego męża, Krzysztofa, wiedziała już, że chce zmienić zawód. W grafice nie czuła się do końca spełniona – jej prace były często przerabiane przez inne osoby, poprawiane.
W cukierni jest inaczej. Pani Małgorzata ma więcej samodzielności i pola do popisu. Współpraca z pochodzącym z Francji kucharzem także jest twórcza.
W Margo Patisserie pracuje jeszcze kilka osób, przeważnie młodych. Większość to studenci i artyści, którzy mają także inne zajęcia.
Nasza rozmówczyni myśli już o otwarciu drugiego lokalu. Tym razem na Manhattanie. Mogłaby być wówczas bliżej tych klientów, którzy dziś specjalnie dla niej przyjeżdżają na Williamsburg.
Pani Małgorzata uważa się za perfekcjonistkę. W pracy to pomaga, ale nie zawsze pozwala zdobyć wszystkich klientów. Organiczna kawa i herbata do tanich nie należą. 1,95 dol. za filiżankę.
Niektórym polskim klientom nie bardzo się to podoba. "Słyszałam kiedyś komentarz, że na Greenpoincie kawę można kupić za 95 centów" – wspomina pani Małgorzata.
"Chcę zawsze robić rzeczy najlepsze, o wysokim standardzie, świeże, bo to jest to, co przyciąga ludzi – mówi właścicielka cukierni. – Staram się słuchać wszystkich opinii. Wolę jednak zapłacić trochę więcej za coś, co będzie się pamiętało przez parę następnych dni. To moja zasada".
Anna Śpiewak
http://www.dziennik.com/news/polonia/16811












