Przed nadchodzącym huraganem Polacy zaopatrywali się w dodatkowe butelki wody, zapasy jedzenia oraz takie rzeczy, jak latarki czy zapasowe baterie. Twierdzili jednak, że nie spodziewają się wielkiej katastrofy. Najbardziej denerwowali się mieszkańcy nowojorskich dzielnic nad samym brzegiem oceanu, tj. Far Rockaway. "Dzisiaj na mszy porannej było trochę więcej ludzi. Zwykle przychodzi na nią jakieś 20-30 osób, dziś było dwa razy więcej – powiedział nam ks. Daniel Rajski z parafii św. Róży z Limy, położonej tuż przy nadmorskim deptaku. – Czekamy na decyzję miasta, czy będzie się trzeba ewakuować, czy nie. Ci, którzy mieszkają na wysokich piętrach, raczej się nie boją. Ale niektórzy z parafian postanowili wyjechać do rodzin czy znajomych do New Jersey czy Pensylwanii. Po mszy odmówiliśmy jeszcze różaniec za pogodę" – mówi ks. Daniel.
W Eden Delicatessens, polskim sklepie na Rockaway Beach Boulevard, w piątek ruch był wzmożony. "Dużo ludzi kupuje wodę i chleb, robią zaopatrzenie na kilka dni – mówi pracująca tam Barbara Szymanik, która mieszka na Brooklynie. – Myślę, że jednak tak strasznie nie będzie. Chociaż tu, na Far Rockaway, widzę, że niektórzy ludzie zaklejają okna".
Z kolei na Ridgewood nie widać było, żeby mieszkańcy specjalnie przejmowali się nadchodzącym huraganem. Pan Jan z Glendale spotkany w Bułeczka Deli na pytanie, czy jakoś przygotowuje się do huraganu, tylko się roześmiał. "Ja tam się nie boję, latarkę i tak mam, więc nie muszę kupować – stwierdził. – To wszystko zawracanie głowy".
Właściciel Bułeczki Janusz Grzędzica nie zauważył, żeby Polacy robili większe zapasy spożywcze. "Wody i tak dużo kupują, bo jest lato – mówi pan Janusz. – Jedyne, co zauważyłem, to to, że sprzedaliśmy więcej konserw niż zwykle".
W okolicznych sklepach z narzędziami i tanich 99 Cents latarki jednak sprzedawały się bardzo dobrze. Sprzedawcy eksponują je wraz z bateriami na ladzie, żeby klientom łatwiej było je znaleźć. Najtańsze można kupić już za 1,99 dol. Wraz z dwiema bateriami to wydatek rzędu ok. 3,50 dol. Jednak najczęściej klientami byli Amerykanie, którzy masowo kupowali właśnie latarki, baterie czy zgrzewki wody. Polacy, na pytanie o przygotowanie do huraganu, zwykle wzruszali ramionami i mówili, że nie ma się czego obawiać.
Na Greenpoincie paniki na ulicach nie było widać, ale ze sklepów masowo znikała woda i niektóre produkty. "Wiele osób się boi, ale chyba każdy liczy, że to nas ominie. Nikt nie wie, czego naprawdę można się spodziewać. Panika może być dopiero w sobotę, jak naprawdę zacznie padać" – dowiedzieliśmy się w sklepie Polski Smak przy Driggs Ave.
To, czego nie widać w mniejszych sklepach, widoczne jest za to w dużych supermarketach, gdzie pracownicy co chwila uzupełniają zapas wody na półkach. "Od czwartku wieczorem wody sprzedaje się 3-4 razy więcej niż zazwyczaj – poinformował nas Jimmy, menedżer w supermarkecie Met Food przy Driggs Ave. – Cały czas musimy dostarczać nowe butelki. Dobrze sprzedają się również baterie do latarek" – dodał.
Także w sklepie Busy Bee przy Nassau Ave. ruch zaczął się już w czwartek wieczorem. "Widać, że ludzie przygotowują się do sztormu, bo zamiast jednego galonu wody, kupują po dwa lub trzy – powiedział nam Tomek, menedżer. – Od wczoraj sprzedajemy również więcej puszek i konserw".
KASZ, EK, MŻ













