Kronikarz - magazyn obywatelski

  • Full Screen
  • Wide Screen
  • Narrow Screen
  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

Nowości

Załóż swoje konto! Tylko dla zarejestrowanych użytkowników są widoczne wszystkie artykuły magazynu obywatelskiego "KRONIKARZ". Rejestracja jest BEZPŁATNA. Formularz rejestracji znajduje się pod lewym menu, w sekcji Logowanie, link Załóż swoje konto!.

 

Lwowskie profanum

Email Drukuj PDF
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 

Dawna_kawiarnia_szkocka_x
Dawna_kawiarnia_szkocka_x
Opisy Lwowa zaczynają się przeważnie z tej samej nuty – wspaniała architektura, aż trzy katedry, wybitni mieszkańcy, kosmopolityzm i mieszanka narodowościowa. Dzisiaj będzie o tym, co łączy te wszystkie wątki. Jednak na bok odstawimy sacrum i skupimy się na profanum – lwowskich kawiarniach mianowicie. No bo tak – Żydzi, katolicy i prawosławni być może i się modlili w różnych domach modlitwy, ale czas spędzali razem, zbierając się w knajpce, a wielcy tego miasta kuli swe talenty przy koniaku i kawie właśnie.

 

 

"W kawiarnianych mrokach żyją całe grupy ludzi, tworząc charakterystyczną i specjalną publiczność, żądną ruchu nerwowego i oddechu Europy, co wionie ze szpalt zadrukowanej bibuły, spragnioną plotek wielkiego miasta, a przede wszystkim życia błyskotliwego, na falach drgającego światła, w arabeskach dymu, wśród nawoływań kelnerów.” – pisał w 1910 r. Franciszek Jaworski w swoim „Kawiarnianym dymie”. Ten bywalec „Cafe Monopol” wiedział, co mówi. Urok każdego lokalu zawsze opierał się na swojej klienteli, o czym, zdaje się, ostatnio zapomniano. Gdy wróciłam do Lwowa po dłuższej nieobecności, koleżanka zabrała mnie na wycieczkę… po knajpach. Przechodziłyśmy od Domu Legend do Gazowej Lampy, od Loży Masonów do Lewego Brzegu, a buzia otwierała mi się coraz szerzej.

To nie były zwykłe knajpki, tylko po mistrzowsku zaaranżowane muzea. I tu leży pies pogrzebany… Owszem – imitacja uduchowionego, specyficznego i raczej przedwojennego Lwowa jest wręcz genialna, czegoś takiego nawet Kraków i Wiedeń może nam pozazdrościć, ale… imitacja pozostaje jedynie imitacją. Kiedy siedzę w Kryjówce w niesamowitej partyzanckiej atmosferze, otoczona całą artylerią, jedyną rzeczą, która nie daje mi spokoju, to grupy przewijających się przez lokal turystów, robiących sobie pamiątkowe zdjęcia przy każdym kałasznikowie. Już nie wspomnę o tym, że aby się wbić do jednej z popularnych knajp, należy albo ubiec z rezerwacją gości z Kijowa, albo wpadać w poniedziałkowe południa. A przecież „kawiarnia to spotkanie, którego się sobie nie wyznacza, ale na które się przychodzi”.

 

Aby lepiej zrozumieć o co mi chodzi, należy zapoznać się z tą lwowską kawiarnianą rzeczywistością sprzed lat.

Tak jak ja obecnie znalazłam coś do „wytknięcia” współczesnym właścicielom lokali, tak samo w 1934 roku pewien żurnalista wypominał grzechy ówczesnym „kawiarzom”. Otóż zlwowianizowane życie wiedeńskie w pewnym momencie zaczęło ulegać zwyczajom warszawskim, prym pod tym względem ponoć wiodła kawiarnia „George”.

„Aby zrozumieć, co to jest typowa kawiarnia warszawska, trzeba sobie przede wszystkim uprzytomnić, że do niedawna jeszcze w całej Warszawie w ogóle ani jednej kawiarni nie było”, pisze Józef Mayen w „Gawędach o Lwowskich Kawiarniach”. Warszawskie imitacje wiedeńskich kawiarni były wyjątkowo nieudane przede wszystkim ze względu na… tryb życia mieszkańców stolicy. (…) „zbyt aktywni, by godzinami zatopić się w lekturę pism lub pogrążyć się w zadumę, zbytnio goniący za blichtrem, by móc spędzać dłuższy czas w lokalu, w którym nie urządzenie, ale atmosfera jest integralną częścią środowiska i zbyt mało sensytywni, by tę atmosferę wytworzyć i odczuć – nie są bywalcami kawiarnianymi (…)”.

Prawdziwymi lokal patriotami mogła natomiast się poszczycić „Szkocka” przy ul. Akademickiej, klienci nie tylko wierni, ale i najróżniejszego pokroju – zakochane pary, stare plotkarki, samotni czytelnicy gazet, bilardziści, żydowska inteligencja, studenci z pobliskiego akademiku. Jednak o pewnych bywalcach Szkockiej grzechem byłoby nie wspomnieć dokładniej. O Banachu, Steinhausie, Kaczmarzu i innych matematykach mianowicie.

Dlaczego akurat „Szkocką” upodobali sobie - nie wiadomo. Być może przez to, że nigdy nie było tam zbyt tłoczno, być może ze względu na wystrój – małe stoliki o marmurowych blatach świetnie służyły za tablice - wiecznie pokryte liczbami i wykresami były notorycznie wyklinane przez sprzątaczkę (pod jej ścierką zniknęła nie jedna nowa teoria matematyczna). Matematycy zbierali się w kawiarni przeważnie między godziną 17 a 19, wypijając hektolitry kawy i koniaku i wypalając setki papierosów, pracowali po kilkanaście godzin, ponoć najdłuższa sesja trwała 117 godzin. Oczywiście na pracy ich świat kawiarniany się nie kończył, poczucie humoru w tym środowisku było dość znane. Jedna z historii opowiada sytuację docenta matematyki Uniwersytetu Lwowskiego, Hermana Auerbacha: kupił on sobie wiosną nowy kapelusz, ale wkrótce ktoś mu go zabrał z kawiarni, zostawiając na wieszaku znacznie gorszy. Auerbach nosił ten podrzucony kapelusz, nigdy go nie czyszcząc, spytany o powód takiego zachowania, odpowiedział: „Nie będę czyścił kapelusza złodziejowi”.

Podobną atmosferę co w „Szkockiej”, bo równie ponadnarodową, ponad wyznaniową i ponad polityczną, można było znaleźć w „Atlasie” pod 45 numerem na Rynku. Było to miejsce artystów, ekscentryków, rewolucjonistów i cyganerii – wszyscy żyli tu zgodnie. W środku znajdowało się pięć sal – Biała, Beczkowa, Szara, Zielona i Artystyczna. W Beczkowej siadał okrakiem na beczkach Jan Kasprowicz z Brunem Schulzem i popijał trunki z kubków przymocowanych łańcuszkami do ścian. W Białej przesiadywali miłośnicy wódki i kiełbasy, w Szarej – nalewek i mięs, w Zielonej – malarze. W „Atlasie” ściany były ozdobione karykaturami i wierszami, nie rzadko złośliwymi opisującymi znanych gości. Tutaj poglądy zostawiano za progiem – stoły endecki i niemiecki koegzystowały ze sobą. A nowym gościom przedstawiano skrupulatnie spisany regulamin kawiarni:

1. Goście, którzy przypadkowo, przez pomyłkę, rachunek gotówką płacą, mają 100% opustu.

2. Po wymówieniu kredyty – potrawy i trunki będą podawane tylko po złożeniu zastawu (zegarek, palto – nie koniecznie swoje własne).

3. Firma, jeżeli gość pozostawał w lokalu przez godzinę, odpowiada za jego zęby, kapelusz, torbę, laskę i ewentualnie kochankę.

4. Za nazywanie lokalu mordownią gospodarz bezwarunkowo wdraża kroki sądowe.

„Atlas”, choć i przetrzymywał „czas od czasu” młodzież lewicową, mordownią zdecydowanie nie był. Tym określeniem już mógł się raczej cieszyć lokal „Pod Gwiazdką” na ulicy Łyczakowskiej, w którym to właśnie się zbierali młodzi rewolucjoniści, lewicowi inteligenci, ukraińscy literaci z kół lewicowych, ale ponoć także konspiratorzy, działacze zdelegalizowanej KPZU i członkowie organizacji bojowych. Tak więc było tam ekscytująco, czasami strasznie, ale przede wszystkim wesoło. Bo właśnie „Pod Gwiazdką” serwowano „nagan” spirytus pieprzowy z dodatkiem ingrediencji, tylko Swystunowi, właścicielowi lokalu, znanymi. Mówiono, że zwalał z nóg po pierwszym strzale.

„Podejrzane” towarzystwo zbierało się też w „Cafe Carlton”, tak przynajmniej wynika z opowiadania Mayena. Pewnego razu siedząc w tej knajpce przy Wałach, zwrócił uwagę na dziwnych dżentelmenów przy stoliku obok – „barczysty brunet o brutalnej twarzy, elegancki grubas w pepitowym ubraniu i wylizany, wymokły młodzieniec. Milczą, a jednak ma się wrażenie, że konferują ze sobą. (…) Milcząca trójka skończyła swą niemą konferencję i wtedy stała się rzecz niezwykła. Brutal sięgnął do kieszeni i wydobył z niej potężny plik banknotów: dwudziestozłotówek, pięćdziesiątek i setek, owiniętych grubą warstwą banknotów pięćsetzłotowych! (…) Kiedy snułem podejrzenia, kim ci dżentelmeni mogą być, usłyszałem nagle gwar w sąsiednim pokoju karcianym. Liczna grupa ludzi, stojąc, otaczała kołem jeden ze stolików. Patrzyli jeden drugiemu przez ramię i w pewnym momencie rzucili się wszyscy jak oparzeni, podnosząc krzyk i wszczynając dyskusję, która rychło przeszła w kłótnię, grożąc, że lada chwila zamieni się w bójkę. Zapewne hazard, pomyślałem – bakarat; a siedzący przy stole bankier wyrzucił pewnie w dwóch kartach dziesiątkę. Stąd ta emocja. Ale skoro po chwili stojący zaczęli się rozchodzić, ujrzałem na stole, ku memu zdumieniu, miast talii kart – szachownicę. I wstyd mi się zrobiło mej podejrzliwości…”

„Carlton”, pomimo, że usytuowany na Wałach, nie był typową dla tej lokalizacji kawiarnią. To, co łączyło de la Paix, Wiedeńską Imperial, Cariton i Grand, to sytuacja pod pomnikiem Sobieskiego, gdzie biło serce społeczności kupieckiej. Mayen najbardziej upodobał sobie de la Paix, przede wszystkim ze względu na widok z okna na ulicę Kurkową. „Na ogół jednak nie mają stoliki przy oknach większego powodzenia od stołów położonych w głębi Sali. Wszak mało który z gości „de la Paix” ma czas i cierpliwość na zachwycanie się pięknymi widokami. Przychodzą na gazety, na kawę albo – najczęściej – w poszukiwaniu interesu. Do tego celu zaś trzeba przede wszystkim być widzianym i widzieć: nie piękne widoczki, tylko innych gości, interesantów. Trzeba być do lokalu zwróconym en face, a nie kokietować profilem. Kanapki pod oknami w de la Paix, po dwie naprzeciw siebie przy każdym stoliku, zwrócone zaś, wedle miłego, starego wiedeńskiego sposobu, bokiem do sali, na wpół do ulicy. Tak siadywali w oknach sławnej „Cafe – Fenstergucker” oficerowie i eleganci, obserwując przez szyby ruch uliczny. Ciałem byli w lokalu, duchem na ulicy”.

Żydowska_knajpa_Pod złot różą
Żydowska_knajpa_Pod złot różą
Żydowska knajpa "Pod złotą różą"

Tak,… kawiarnie lwowskie tętniły życiem wielkiego miasta. To, co najlepsze i najciekawsze we Lwowie przenosiło się do lokalu. Jednak na wszystko trzeba czasu, przecież jeszcze na początku lat 90 można było przejść się jedynie do „Krówki” na Kopernika (pyszne ciasta i ogromne akwarium) i całkowicie radzieckiej w wystroju spelunki naprzeciwko katedry, która przeżywała oblężenia w niedzielne popołudnia (starsi lwowiacy wiedzą o czym mówię). Teraz, na każdym kroku wpadamy na kolejną knajpkę i ogródek, Lwów znowu dzięki temu odżył. Jednak należy pamiętać o tym, że kawiarnia to nie tylko stoły, krzesła czy trunki, kawiarnia to profesor, literat, kupiec, student, hazardzista i rewolucjonista. Jedynie w takim wypadku lwowskie kawiarnie nie tylko będą kolorowe, ale też i zaczną oddychać.

Tekst i zdjęcia: Joanna Demcio

Czytaj najlepsze pismo regionalne:
Czytaj najlepsze pismo regionalne:

http://www.dziennik.krakow.pl/pl/warto-wiedziec/kurier-galicyjski/1045588-lwowskie-profanum.html,0:pag:2,0:pag:3#nav0

Artykuł ten pisałam częściowo w Déjà vu, stolik przy oknie po lewej stronie.

Jesteś tutaj: Wydarzenia Polonia Lwowskie profanum