
Fot. Piotr Żyła
Powódź, która nawiedziła Polskę w ostatnich dniach, czyni wielkie spustoszenie. Nie ominęła również Warszawy, jednak dzięki dobremu przygotowaniu miasta i służb publicznych szkody wyrządzone przez powódź okazały się znacznie mniejsze, niż przypuszczano w czarnych scenariuszach medialnych doniesień. Ja byłem o nasze miasto spokojny. Jeszcze zanim przyszła fala kulminacyjna, przeszedłem całe nadwiślańskie wały ciągnące się wzdłuż miasta. Rozmawiałem z ludźmi odpowiedzialnymi za konkretne instytucje, których dzaiałanie mogło być zagrożone, a wynik moich ustaleń podałem w artykule "Warszawiacy fali się nie boją". Robiąc zdjęcia do tego artykułu miałem okazję zobaczyć, jak profesjonaliści szykują taki materiał i, nie ukrywam, jestem tym faktem przerażony. Nad brzegiem Wisły, na warszawskiej "Rusałce" po praskiej stronie "królowej rzek" zebrali się dziennikarze ze wszystkich ośrodków telewizyjnych i najpopularniejszych tytułów prasowych. Jednak największe wrażenie na wszystkich zrobił prezenter jednej z telewizji, który z pełnym poświęceniem założył wodery i wszedł po pas do rzeki. Tylko po co on to zrobił?

Aby podnieść grozę reporteży wchodzili do wody
Jestem przekonany, że powodem takiego desperackiego działania nie była chęć rzetelnego przekazania sytuacji. Stałem jakieś dwa metry dalej, na suchym lądzie i własnym oczom nie wierzyłem. Widziałem to samo wydarzenie, i mimo że woda stała bardzo wysoko, to sytuacja nie była dramatyczna, a jej sztuczne podgrzewanie mogło przynieść raczej negatywne skutki wśród poddenerwowanych mieszkańców Warszawy.
Teraz, gdy już zbliża się czas podsumowania skutków, zadaję sobie pytanie: ważniejsza ilość widzów przed telewizorami, czy wejść na stronę z artykułem, czy może rzetelność dziennikarska, w której priorytetem będzie oddanie, w miarę możliwości, obiektywnie rzeczywistości? To pytanie powinien sobie zadać każdy dziennikarz. Obywatelski także.
Tekst i zdjęcia: Piotr Żyła