Ks. Krzysztof Mądel:
Ktoś Go zapytał: Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni? On rzekł do nich: Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli. (Łk 13,22-30)
Świat, chcąc nie chcąc, przywykł do oligarchii. Ateny, Sparta i Rzym miały swoich nielicznych starszych, arystokratów bądź patrycjuszy, którym wszyscy pozostali obywatele zawdzięczali niemal wszystko w życiu publicznym, nie wyłączając samego obowiązku stałej wdzięczności. W nowożytnej Europie ta forma rządów przyjęła postać monarchii stanowej, aczkolwiek na ziemiach polskich słuszniej byłoby ją nazwać oligarchią magnacką, jako że tu domowi tronującemu nigdy nie udało się uzyskać absolutnych wpływów, w przeciwieństwie do magnaterii, która zawsze obsadzała swoimi ludźmi wszystkie ważniejsze urzędy w państwie.
W tamtych czasach wpływy nielicznych sięgały wręcz nieba. Znakomita większość chrześcijańskich świętych wywodziła się z arystokracji, podobnie jak znakomita większość biskupów, opatów i papieży. Demokrata Napoleon wieszczący swoim żołnierzom, że w tornistrach noszą marszałkowskie buławy, należał do wyjątków, podobnie jak demokrata i poeta John Keats, który w tym samym czasie szukał rymu w zwyczajnych słowach, za co krytycy z arystokratycznego "The Blackwoods" najdosłowniej w świecie wpędzili go do grobu.
Rządy nielicznych, na pozór trwałe, nigdy nie byłyby możliwe bez przyzwolenia większości, która nieustannie się zmienia. Dziś żyje dłużej i zdrowej niż w średniowieczu (wtedy średnia długość życia nie przekraczała 27 lat) i coraz lepiej się kształci. Rozwarstwienie biedy i bogactwa powiększa się wprawdzie niemal we wszystkich krajach świata, a mimo to sytuacja dzisiejszych plebejuszy stale się poprawia, nie wszędzie wyraźnie, aczkolwiek na Dalekim Wschodzie dzieje się to nawet szybciej niż przewidywały prognozy oenzetowskich agencji do walki z biedą.
Jezus na tle tych wszystkich zmian był kimś więcej niż demokratą. Zapytany o liczbę zbawionych, nawet słowem nie wspomniał o ówczesnych podziałach klasowych, choć te podziały i ich "nieliczni" (gr. oligoi) wyraźnie były obecne w pytaniu. Jezus poszedł dalej, rozwiał bowiem wszelkie nadzieje swoich uczniów na to, że sam fakt bycia Jego uczniem, zapewni komukolwiek łatwiejszy start w życiu wiecznym. Zbawienie nie polega bowiem na tym, że oligarchia osób dobrze urodzonych zostaje zastąpiona przez oligarchę przyjaciół Jezusa, ale raczej na tym, że ci, którzy grzeszą, niezależnie od wszelkich uwarunkowań, uznają swój grzech i wyrzekają się go do na rzecz dobra, a zarazem potrafią zająć ostatnie miejsce w każdym sporze, spokojni o ostateczny wynik tego sporu.
Lecząc chorych i umierając na krzyżu Jezus chciał wskazać autentyczne dobro tam, gdzie człowiek często w ogóle nie potrafi go znaleźć, przede wszystkim chciał jednak uprzytomnić człowiekowi, że to dobro jest przedmiotem jego wyboru i jego współpracy z Bogiem.
http://www.dziennik.krakow.pl/pl/warto-wiedziec/dziennik-diecezjalny/1052243-elita.html














