Męcina i Kłodne w powiecie limanowskim to wioski, według statystyk migracji ludności, z których do pracy zagranicą wyjechało proporcjonalnie do liczby mieszkańców najwięcej ludzi. – Dziś to już więcej chłopów na obejściach, ale 2-3 lata temu to same baby tu rządziły – przyznaje spotkana w Kłodnem starsza kobieta.
Obie wsie leżą przy drodze powiatowej łączącej Nowy Sącz z Limanową w górzystym, zalesionym i zimą trudno dostępnym terenie. Męcina nie jest mała, mieszka tu ok. 3000 osób, przy niej Kłodne to maleńka zagubiona w lasach osada zamieszkana przez nie więcej niż 800 osób. Politycznie region jest mocny – z Męciny pochodzi przewodniczący rady gminy Limanowa, a z następnej wsi – Pisarzowej – poseł PSL Bronisław Dutka.
Polityczne znaczenie nie przekonało jednak większości mieszkańców. W latach 2004-2005, tuż po wejściu Polski do UE z obu wsi wyjechało większość mężczyzn. – Trudno by mi było wskazać dom, z którego nikt nie wyjechał – kiwa głową sołtys Kłodnego Marian Świerczek. Jego słowa potwierdza poseł Dutka: - Przypominam sobie, że gdzieś w 2004-05 roku działała dość aktywnie na tym terenie grupa młodzieży, spotykaliśmy się od czasu do czasu i nagle dowiedziałem się, że z całej grupy zostało raptem kilka osób, a niemal wszyscy wyjechali do Irlandii i Anglii.
Zapłać, bo będą kłopoty
Jak szukali pracy? – To było proste – opowiada Zofia Świerczek (zbieżność nazwisk z sołtysem przypadkowa). – Stąd pochodził AW., który pierwszy wyjechał zagranicę, a później ściągał innych.
Życzliwość nie była darmowa. Gdy brakło chętnych z Kłodnego i Męciny ogłoszenia o korzystnej pracy zagranicą zaczęły pojawiać się w lokalnych gazetach. Podany w nich numer telefonu należał do JW., brata AW, wówczas jeszcze mieszkającego w Polsce, a dziś w Irlandii. Za 100-150 złotych Józef przekazywał numer telefonu do swego brata na Zielonej Wyspie. Z A ustalało się warunki pracy i płacy, a że w tym czasie boom gospodarczy w Irlandii sięgał apogeum, robotę miał niemal każdy. Bez względu na kwalifikacje i doświadczenie. I też nie za darmo.
– Na początku brał 150 euro, później stawka urosła do trzystu. Wszystko było w porządku dopóki interes się kręcił – opowiada Stanisław W., mieszkaniec Kłodnego, ojciec chłopaka, który do Irlandii trafił za pośrednictwem braci W. – Ale w firmie, do której ściągał ludzi zaczęły się problemy i zwolnienia.
Czasem też zwyczajnie człowiek dzwoniący z ogłoszenia nie miał umiejętności wymaganych do pracy w zawodach, do których ściągał pośrednik, najczęściej stolarza, tynkarza i murarza. Po kilku tygodniach delikwent tracił pracę, za którą zapłacił.
Procederem jaki toczył się w jego wsi zadziwiony jest sołtys Świerczek. – Nie znam osobiście W., słyszałem, że wielu stąd wyjechało dzięki niemu, ale nikt nie skarżył się na jakieś naciąganie czy wyłudzanie – zapewnia.
Jednego z braci W. zna wspomniany wyżej poseł Bronisław Dutka. – Złego słowa nie mogę o nim powiedzieć, bardzo energiczny, lubiany człowiek – wspomina. – Jestem bardzo zaskoczony, że dał się w coś takiego wciągnąć.
Tymczasem w Irlandii kto nie płacił AW. ten miał problemy. W firmie, w której pracował był majstrem, jego słowo sporo znaczyło. – Nachodził ludzi w domach, groził zwolnieniem – opowiada proszący o anonimowość jeden z poszkodowanych. – Kiedyś dzwonił nawet do mojej żony do Polski i opowiadał jej, że jak ja tutaj nie zapłacę to będę miał kłopoty.
Stąd zaczęto brata AW. – nieco na wyrost – nazywać szefem mafii, bo otoczył się grupą najwierniejszych pretorian, o których dbał, którzy zawsze mieli pracę i wyrabiali nadgodziny. Wreszcie miarka się przebrała. – Zebrało się kilku chłopa, którym bezkarność AW i jego coraz większa pazerność zaczęły doskwierać – wspomina Paweł Pawłowski, inny „sponsor" pana W. – Postanowili sprawę zgłosić policji.
Dowiedział się o tym. Zmienił taktykę. Chodził po domach swoich zagorzałych wrogów, prosił, błagał, zwracał pieniądze. Chłopaki odpuścili. – Dla świętego spokoju – mówią dzisiaj. – Bo my z tych samych stron.
- My pretensji do niego nie mamy – mówi dziś Władysław Lorek z Kłodnego. – Spora część chłopaków pracowała tu albo za grosze albo w ogóle nie miała stałego zajęcia. Dla tych oferta z Irlandii to był sposób na zmianę swego życia, taka nowa ziemia obiecana. A że trzeba było zapłacić? No cóż, takie czasy...
Dziś ten czas zaleczył rany. Niektórzy czekają na AW. „z nożem i siekierą, by mu ładnie podziękować" – jak powiadają, ale dla większości to stara historia. – Ludzie się dorobili na wejściu Polski do Unii – zapewnia sołtys Świerczek. – Jest tu taki przysiółek, Głodawka, od głodu. Teraz zamiast głodu dwadzieścia nowych domów tam stoi. Wie pan, w ogóle wieś się zmieniła. W początkach lat 80. lat stało w Kłodnem 40 procent domów krytych strzechą, teraz spróbuj pan znaleźć choć jeden. Tą odmianą teraz żyjemy.
Żalu do nikogo nie mają też ludzie, którzy wrócili. Przez lata na emigracji pospłacali polskie długi, postawili domy, kupili auta, teraz urządzają się na nowo. – Tutaj bardzo silne jest poczucie ojcowizny – przekonuje sołtys. – Ludzie mogą całymi latami pracować gdzieś daleko, ale tu zawsze wrócą.
Syn Zofii Świerczek, Dariusz, też wrócił. – Kupił koparkę i pracuje na miejscu – mówi jego mama. – Przynajmniej mu nie leje stale na głowę jak w Irlandii, gdzie pracował na budowach.
Pracuje również Tomasz W. – Ja po prostu byłem na urlopie bezpłatnym i po niespełna dwóch latach wróciłem do tej samej pracy – mówi.
- Trzy-cztery lata temu to były czasy – śmieje się starsza kobieta spotkana na ulicy w Kłodnem. – Mówiło się, że to wieś słomianych wdów i starców, bo wszyscy mężczyźni powyjeżdżali za pracą. Dziś już tak nie jest.
Irlandia lepsza?
Męcina i Kłodne skorzystały na Unii. – Wieś mamy zgazyfikowaną, rusza program budowy przydomowych oczyszczalni ścieków czy kolektorów słonecznych – wylicza sołtys Kłodnego. Jego opinię popiera sołtys Męciny Stanisław Smęda. – Mamy nową remizę, szkołę, korzystamy z programów unijnych i rolniczych dopłat – wylicza.
Emigrację zna bardzo dobrze, bo i jego syn 3 lata spędził w Irlandii. – Coś tam zarobił na pewno, ale panie, co to życie tam – macha ręką. – Ale i tu nie lepiej. Syn przed wyjazdem pracował, 900 złotych miał, a dwieście na dojazdy wydawał. To chyba Irlandia lepsza, nie?
Sołtys Smęda widzi zalety emigracji, nowe domy i auta, ale Unia go też martwi. – Co to za pomysł, żeby płacili za obszar, na którym często się nic nie robi, z hektarów bez pracy to nic nie będzie – przekonuje. – Powinno się promować produktywność – być nie mieć!
Proboszcz z Męciny też się martwi Unią. – Co to za rodzina, w której ojciec jest dwa razy do roku – macha ręką ks. Antoni Piś. – Tylko przy kolędzie spotykam się z niektórymi parafianami – utyskuje. – A długi pobyt zagranicą nie wszystkim służy. Bo to później i wrócić czasem nie ma do czego, i podziałem majątku może się skończyć – dodaje znacząco. Uśmiecha się tylko na pytanie czy wielki nowy kościół zbudowano na pieniądze od zarobkowych emigrantów. – Gdzie tam, o dzieło poprzednich proboszczów z czasów gdy o Unii jeszcze mało kto myślał – tłumaczy. – Choć cały czas go wykańczamy, możliwe, że za pieniądze „unijne".
Czas wyjazdów dobrze wspomina miejscowa policja. – Młodzi powyjeżdżali, więc spokój i cisza nastały, niewiele mieliśmy roboty – przyznaje młodszy aspirant Mariusz Czachurski z Komendy Powiatowej Policji w Limanowej. – Większości tych ludzi w ogóle nie znałem, bo dopiero kilka lat jestem dzielnicowym w Kłodnem i Męcinie. Zobaczymy co teraz będzie, gdy na dobre zaczną się powroty.
A W. nadal jest majstrem w irlandzkiej firmie. Zarzuty komentuje krótko: – Łapówek nigdy nie brałem, to były tylko opłaty manipulacyjne – mówi ..
Niektóre nazwiska i imiona bohaterów zostały, na ich prośbę, zmienione
PL
Od redakcji: Redakcja prosi o kontakt osoby, które czują się poszkodowane przez braci W., które mieszkały lub nadal mieszkają w miejscowości Macroom koło Corku gdzie to bracia W. załatwiali w jednej z firm pracę, która w późniejszym czasie okazywała się fikcją.
Prosimy kierować maile na adres : polskagazeta@gazeta.ie
Polska Gazeta












