Zapiski korespondenta wojennego
Interwencja państw zachodnich w Libii w drugiej połowie marca 2011r. jeszcze raz stawia kraje arabskie przed dylematem do jakiego stopnia mogą one tolerować fakt, że zdolność interwencji w tzw. świecie arabskim pozostaje w rękach nie-arabskich.
Tak było w czasie operacji Desert Storm po okupacji Kuwejtu przez wojska Saddama Husseina i w ostatniej wojnie na Środkowym Wschodzie, gdzie w oczach arabskich głównym “winowajcą” były Stany Zjednoczone. W Libii trzy zachodnie potęgi wystąpiły razem, wzmocnione kategorycznym mandatem ONZ. Nic nie znaczą już narzekania o neokolonializmie i inne slogany, w które tak obfituje polityczny słownik krajów “trzeciego świata”. Teraz jest żelazny dokument ONZ, które formalnie wystąpiło w obronie małego, niepodległego państwa maltretowanego przez jego własnego dyktatora.
Jeszcze przysłowiowy proch nie skończył się tlić, a już rozpoczęto dyskusje na temat demokracji – głównie do jakiego stopnia czy w jakiej mierze można spodziewać się demokratycznego rozwiązania serii ostatnich kryzysów – czy przewrotów – w krajach Środkowego Wschodu i Afryki Północnej.
Jednym z ulubionych sloganów Zine El Abidine Ben Ali, do niedawna prezydenta Tunezji, był „demokracja nie jest mundurem”. Tłumaczył to jako potrzebę dostosowania systemu politycznego do specyficznych wymagań różnych krajów, włącznie z jego własnym, gdzie panowała tzw. “demokracja prezydencka.” W ten sposób tłumaczono fakt, że większość decyzji dużej miary było w rękach prezydenta i że taki system był, oczywiście, demokratyczny. Było tak właściwie od roku 1956, kiedy Tunezja uniezależniła się od Francji i aż do stycznia br. miała tylko dwóch prezydentów: Habiba Bourguibę i Ben Aliego. Każdy z nich był ponad krytyką, chwalony przez media, oklaskiwany przez parlament wybierany pod ich batutą.
Nic dziwnego, że zapanowało ogólne zdziwienie kiedy okazało się że jest w Tunezji opozycja i że ma ona długą listę zarzutów przeciw “niedotykalnym” przywódcom. Ben Ali pod presją podał się do dymisji i opuścił kraj. W okresie “poprezydenckim”, który nastąpił, zaczęła dominować tendencja żeby głównie ukazywać błędy systemu niż jego osiągnięcia, z których niektóre były bardzo ważne dla przyszłości kraju.
Na przykład, Bourguiba wprowadził przymusowe wykształcenie do lat 16, które zrobiło z Tunezji najbardziej wykształcony kraj arabski, a w czasie mandatu Ben Aliego powstała “klasa średnia” grupująca ludzi z wyższym wykształceniem albo kwalifikacjami zawodowymi — coś w rodzaju miejscowej “inteligencji” (rzadkość w krajach arabskich).
Kraje zachodnie na ogół patrzyły pozytywnie na reżim Bourguiby, głównie z powodu jego popularności i łagodnego charakteru systemu. Ben Ali nigdy nie pozyskał takiego poparcia, chociaż był wyjątkowo aktywny w zwalczaniu terroryzmu międzynarodowego i skłaniał się popierać politykę krajów zachodnich raczej niż tą “trzeciego świata”.
Tempo przewrotów z ostatnich tygodni w krajach arabskich spowodowało poważne zamieszanie w ministerstwach spraw zagranicznych państw utrzymujących stosunki, i do pewnego stopnia wpływy, w rejonie jeszcze od czasu okresu „kolonialnego”. Jeden francuski minister nawet sugerował wysłanie specjalnej policji, aby „podtrzymać” rząd Ben Aliego. Oferta (zresztą nieoficjalna) została szybko wycofana.
W Waszyngtonie, zarówno prezydent jak i sekretarz stanu (odpowiednik ministra spraw zagranicznych) wahali się przez pewien okres jak reagować na kłopoty prezydenta Hosni Mubaraka – “przyjaciela” Stanów Zjednoczonych. W końcu większość rządów doszła do przekonania, że przewroty które potrząsnęły stolicami arabskimi nie były sprowokowane ambicjami przeciwników, ale poważnym i zagrażającym wzrostem cen produktów żywnościowych, jak również brakiem konkretnych rozwiązań problemu bezrobocia – który zresztą grozi większości krajów rozwijających się.
Obecnie, w okresie, który nastąpił po tych raczej spektakularnych przewrotach, i autorzy zmian politycznych i zagraniczni obserwatorzy zastanawiają się nad prawdziwymi motywami, które spowodowały to, co już niektórzy nazywają “wiosną arabską”. „Demokracja” stała się modnym hasłem – nie tylko skandowanym przez tysiące manifestantów, ale również celem nowych przywódców politycznych. Jak dotąd, w ogólnym zamieszaniu, nie znaleziono właściwych odpowiedzi czy nawet jasnych politycznych “drogowskazów.”
Na ogół jest zgoda, że te ostatnie dramatyczne zmiany będą prowadzić do dalszych wydarzeń, które stopniowo zmienią stereotypowy obraz świata arabskiego. Egipt, który w drugiej połowie ostatniego wieku nadawał ton polityczny – i slogany – wielu krajom arabskim, jeszcze nie znalazł ani nowej platformy politycznej ani formuły współpracy pomiędzy różnymi systemami rejonu. Siły zbrojne od razu pokazały swoją wagę jako “tymczasowe rozwiązanie” chociaż nie jest to nowość w historii Egiptu.
Armia obiecała – i zaczęła przygotowywać – wybory parlamentarne na sierpień br., ale pesymiści twierdza, że nie ma na to już czasu. Prasa egipska donosi o rosnącej niecierpliwości. Były już manifestacje żądające dymisji premiera Ahmed Shafiqa jak również starcia z wojskiem, które teraz uważa się za strażnika spokoju. A zbliża się lato i Egipt potrzebuje turystów, aby wydostać się z kulejącej ekonomii i znów żyć normalnie…
Pewnego rodzaju nowością na egipskim horyzoncie politycznym jest rosnący dialog. Zabierają głos wszyscy: generałowie, prawnicy, dziennikarze, przedstawiciele organizacji kobiet. Demokracja jest głównym tematem. Obserwatorzy widzą prospekt formacji dwóch głównych bloków: islamistycznego i świeckiego, wiec starcia będą nieuniknione.
Pesymiści twierdzą, że kraje arabskie są na progu wypadków, które będą miały poważne konsekwencje polityczne i ekonomiczne. Cena nafty okazała już wiele razy swoją wrażliwość na rynkach światowych i teraz również zareagowała. Wpływy nowych gigantów, jak Chiny i Indie, nie będą długo czekać, chociaż jest jeszcze za wcześnie by na poważnie zajęły one miejsce takich krajów jak Wielka Brytania na Środkowym Wschodzie czy Francje w Północnej Afryce.
Nie ulega wątpliwości, że w wyniku wypadków wpływy USA w rejonie uległy osłabieniu. Polityka amerykańska vis a vis Izraela pozostaje bez zmian i świat arabski nic nie oczekuje z tej strony. Konsekwentnie, rozwój problemu Środkowego Wschodu pozostaje zablokowany, bez względu na ilość optymistycznych deklaracji przez Hillary Clinton, Sekretarza Stanu USA.
Jeśli chodzi o kolejne interwencje w rejonie – temat poruszany od czasu do czasu – jest oczywiste, że potęgi zachodnie nie mogą być zastąpione. Stopień takiej interwencji zależy od ich autorów. Jeśli chodzi o Libię, Zachód na początku kierował się ostrożnością, ale tylko czas pokaże jak długo może on tolerować reżim Gaddafiego i czy opozycja w Libii ma poważne szanse sukcesu.
Na razie bombardowanie i ostrzeliwanie celów wojskowych rządu Gaddafiego strategicznie wzmocniły jego przeciwników. Sekretarz Generalny Ligi Arabskiej, Amr Mussa, wyraził słaby, formalny protest, ale bez żadnego rezultatu – nie znalazło się wielu obrońców dyktatora libijskiego. Mandat ONZ jest wyraźny.
W ostatnich dniach pojawiły się nowe ogniska rewolucyjne w Syrii i Yemenie, ale jak dotąd nie ma znaków poważnego zainteresowania się nimi ani przez kraje sąsiednie, ani zagranicę.
Andrzej Borowiec
Andrzej Borowiec – historyk, korespondent wojenny, wieloletni reporter Washington Times. Autor książek m.in. o Tunezji, Turcji, Cyprze, Jugosławii.












