Tak nazywam mafię, bo to jest piąty poziom piekła. Uważam, że to są wszyscy ci, co żerują na Polsce – z Aleksanderm Gudzowatym rozmawiała Beata Steć.
Beata Steć: Czy nie ma Pan ochoty zostawić tematu gazu, wyjechać na Riwierę Francuską i korzystać z uroków życia?
Aleksander Gudzowaty: Takie myśli przychodzą, jak człowiek jest zmęczony, ale potem wracają realia. Jakbym znalazł kogoś, kto poprowadzi firmę, to może bym się przeniósł na zaszczytne stanowisko prezesa rady nadzorczej. A tak ciągle jestem w stanie oczekiwania na tego, który mnie zastąpi. Ale niekoniecznie na Riwierę, co prawda mam tam dom.
B.S.: Czy może nie byłoby lepiej tam zamieszkać?
A.G.: Dom znajduje się nad samym morzem, 15 km od Cannes. Mogę moczyć stopy w wodzie. Bardzo to miejsce lubię, m.in. ze względu na letnie i zimowe kwiaty. Mimozy są najpiękniejsze… w lutym jest jak w raju, ponieważ Alpy nadmorskie porośnięte są mimozą, a zapach unosi się aż do Nicei. Zwiedziłem dużo świata i mam takie ukochane regiony, jak Polinezja Francuska, która dla mnie jest szczytem raju. Jednak myślę, że nie umiem odpoczywać. Jestem człowiekiem ze starego pokolenia, myśmy cały czas pracowali. Nie umiem żyć bez pracy. To jest okaleczone pokolenie. Ostatnio ciężko chorowałem i groziła mi amputacja nogi.
B.S.: Powiedział Pan, że życie jest walką i pracą…
A.G.: Pracę traktuje jako wyróżnienie, jako coś, co jest integralnie związane z moją osobowością.
B.S.: Czasami choroba wywraca nasz system wartości…
A.G.: I mój się zmienił. Leczyłem się w szpitalu amerykańskim i polskim. Uratowali mnie Polacy na Szaserów. Chorowanie to dyskomfort, ale ma się wtedy czas na różne myśli. Wykorzystywałem ten czas na marzenia o tym, co będę robił jak wyjdę zdrowy ze szpitala. Wyszedłem na wpół zdrowy, ale marzenia mam nadal. Teraz buduję, więc nie mam czasu na inne rzeczy.
B.S.: Jakie to były marzenia ?
A.G.: Wyjazd, książka. Mam mnóstwo przyjaciół za granicą, w Polsce, jak Pani wie, nie mam żadnych. Teraz buduję teatr – salę balową w lesie. Piękną budowlę opartą na tradycjach XVIII wieku. Była kiedyś taka moda, że wszystkie imprezy kulturalne odbywały się w domach, i ja chcę właśnie wrócić do tych tradycji. Jestem człowiekiem z tamtej epoki i denerwuje mnie to, co teraz mnie otacza. Świat stał się bardzo banalny. Poza tym jestem współtwórcą ruchu obywatelskiego o nazwie „Tolerancja”. Ofiarowałem miastu Jerozolima wielki monument – pomnik, który jest symbolem tego ruchu. Dużo rzeczy się wokół tego tematu dzieje, odbywam wiele spotkań z ciekawymi ludźmi. Mam co robić.
B.S.: Powiedział Pan, że w Polsce nie ma przyjaciół, a za granicą tak. Czym różnią się Polacy od innych ludzi?
A.G.: Mają inny system wartości. Posiadanie pieniędzy za granicą jest oceniane pozytywnie i jest normalne. Posiadanie pieniędzy w Polsce jest kłopotem, ponieważ pokutuje teoria, że pierwszy milion trzeba ukraść. Ja próbuję to wyjaśnić w moim blogu, że nie ukradłem pieniędzy, tylko zarobiłem je najprostszym sposobem i sam byłem zaskoczony wielkością zarobku. Ale jakoś to innych nie przekonuje. Przez to, że zacząłem od dziedziny gazu, na którą licencje wydawały „mafie” w postaci urzędników państwowych, służb i bandziorów, ciągle mnie z tego biznesu próbowali usunąć. Posuwali się do nieładnych zachowań, przede wszystkim zrobili wokół mojej osoby czarny PR. Teraz z tym walczę. Bezczelność panów przy kolejnym rządzie jest tak silna, a konsekwencja tak wielka, że postanowiłem zacząć pisać, co o tym myślę. Po pierwsze ujawniłem, w jaki sposób zarobiłem pieniądze. Byłem człowiekiem, który w Polsce płacił wszystkie podatki, nie korzystałem z żadnych rajów podatkowych. Nawet oszczędności, które mam za granicą, są opodatkowane w Polsce. Chciałem ujawnić tą pozytywną stronę działalności. Ale myślę, że to i tak za dużo nie pomogło. Taśmy Oleksego były strasznym uderzeniem. Dochodzę do wniosku, że to było wymierzone przeciwko mnie, bo straciłem na tym ja, a nie Oleksy, który został bohaterem.
B.S.: Dlaczego te taśmy były nagrywane?
A.G.: Zrobiły to służby, bo chciały mnie zgnoić. Po pierwsze ja Oleksego na obiad nie zaprosiłem. On mi przypomina takiego węgorza posmarowanego smalcem. Tak o nim powiedział Rakowski, nie ja to wymyśliłem. Ale on się zachowuje jak ślizgacz. „Jak można zaprosić i podsłuchiwać?” – taka właśnie fama o mnie poszła. To zjednoczyło środowisko dziennikarskie przeciwko mnie. Okazało się, że to mój szef ochrony podsłuchiwał parę osób, również i mnie. Postanowiłem z tą mafią walczyć. Ja jestem przedwojenny, inaczej zostałem wychowany, mam inne pojęcie honoru i godności. Poza tym chcieli mi porwać i zabić dziecko. To są rzeczy niewybaczalne. I nikogo to nie dziwi. Nikt się nie zastanowił, czy ja nie mam racji. Oni wiedzą, że ja mam rację, ale pełni bojkotują moją osobę. Dziennikarze z TVN mówili w 100% nieprawdę w „Superwizjerze”. Tak się zastanawiam, jak Walter z TVN mógł do tego dopuścić, ale dopuścił i sprawa jest w sądzie. Zaskarżyłem ich na 2 mln zł, które chcę przeznaczyć dla dzieci z nowotworem. Na razie sąd nakazał im wycofanie wszystkich materiałów z tej audycji. Zastanawiam się, jak dziennikarze mogli świadomie (bo wiedzieli, że to jest nieprawda) puścić ten materiał. I teraz pytam się: komu TVN służy naprawdę? Bo interes w tym miała tylko mafia i służby. Tam dostarczycielem informacji był mój były szef ochrony, który się okazał oficerem tych służb. Jeśli służby mają takich oficerów, to niech pan Bóg przejmie nad nami opiekę.
B.S.: Czym jest tzw. Loża Minus Pięć, o której tak często Pan wspomina na swoim blogu?
A.G.: Ja tak nazywam mafię, bo to jest piąty poziom piekła. Uważam, że to są wszyscy ci, co żerują na Polsce. Niech Pani zobaczy: 17 lat prywatyzujemy Polskę. I pieniądze z prywatyzacji pokrywają długi kolejnych rządów. Ci ludzie nie potrafią rządzić. Podpierają się prywatyzacją. Prywatyzacja powinna służyć Polsce, a nie orłom w kształcie wrony. Pieniądze powinny być gromadzone na funduszu rozwoju narodowego kraju, żeby wzmocnić państwo, a rządzący to przejadają. Tymi ludźmi powinien zająć się prokurator.
B.S.: Jednak ktoś na nich głosuje…
A.G.: Społeczeństwo nie ma wyboru. W taki sposób zawładnęli Polską, że zabezpieczyli sobie wszystkie odwroty: poprzez służby aż po system głosowania dla nich dogodny. Nie ma jednomandatowych okręgów wyborczych. Głosy pochodzą z ramienia partii i to wszystko jest powiązane i uzależnione od szefa i jego sitwy. Zatem nie można powiedzieć, że ludzie mają wybór, bo na ten wybór wpływają slogany, a to jest lipa. Politycy to są ludzie, którzy niczego nie potrafią. Ja na swoim blogu życzę im, żeby tacy sami lekarze ich leczyli, jak oni są gospodarzami Polski. Jak można było tyle sprywatyzować i wszystko przepieprzyć? Mówiono nam, że lepiej to funkcjonuje jak jest w prywatnych rękach. Ale jednocześnie stworzyli ustawę kominową, która tak naprawdę eliminuje dobrych ludzi z zarządzania mieniem państwowym. Nikogo nie dziwi, że w spółkach prywatnych zarabiają duże pieniądze.
B.S.: Czy zetknął się Pan z książką „Niemcy kraj mafii” Jurgena Rotha, niemieckiego dziennikarza śledczego, który opisuje powiązania mafijne polityków niemieckich?
A.G.: Nie, ale my nie różnimy się niczym od Niemców i odwrotnie.
B.S.: Czy Pana doświadczenia z polskim życiem gospodarczym i politycznym mogą być zawarte w słowach „Polska kraj mafii”?
A.G.: Nie, to za dużo. Polska jest krajem Polaków, ale mimo to mafia występuje wszędzie. Tylko że ona z czasem szlachetnieje, potem się okazuje, że to nie mafia a pan minister albo generał itd. Polska jest krajem, w którym mafia robi, co chce i hula, jak chce.
B.S.: Gazociąg Bernau-Szczecin – jaka jest jego idea i korzyści płynące dla Polski i Niemiec?
A.G.: To było najprostsze i najtańsze połączenie z UE (czytaj z Niemcami) przez Niemcy. Przez Polskę miało przebiegać tylko 28 km. Wszystkie rządy, łącznie z obecnym, przez 10 lat uniemożliwiały powstanie tego gazociągu. Chodziło o to, że nie gwarantowano nam zakupu gazu, który przejdzie przez ten gazociąg. To było potrzebne do planu finansowego. My mamy wszystkie pozwolenia na budowę. W to miejsce wymyślono wirtualne rozwiązania w postaci gazociągu norweskiego, który nigdy nie miał powstać. Teraz wymyślają porty w Szczecinie i Świnoujściu. Jak zobaczyłem, że gazu płynnego przeładuje się zaledwie półtora miliarda metrów sześciennych i ile on ma kosztować, to sobie pomyślałem, że tam jest jakaś solidna rezerwa na złe czasy. I nie wierzę, żeby to było rozwiązanie. Nas okradli z tego pomysłu i rząd zlecił to innej firmie PGNIG, która nam ukradła projekt. (gazociągu Bernau – Szczecin red.)
B.S.: Ale przecież nie zapadły wtedy pisemne decyzje co do realizacji tego projektu przez firmę, którą Pan reprezentuje? To były ustne ustalenia, prawda?
A.G.: Uzgodniłem to na początku ze Steinhoffem. Ale potem się wszyscy z tego wycofali. Myślę, że chcą zarobić i w związku z tym go torpedują. To by było najłagodniejsze, gdyby chcieli tylko zarobić, złodzieje, ale rozumiemy tę bardzo złą cechę. Natomiast jeśli to jest robione dla jakiegoś patrona zagranicznego, to już jest fatalne rozwiązanie i powinny sprawdzić to służby. My zawiadomiliśmy wszystkich, dostaliśmy pozytywne opinie UE. Mało tego: nawet próbują to torpedować w Niemczech. Byłem do tej pory przekonany, że Niemcy dbają o etykę biznesu, ale mam informacje, że się dogadują – w co nie wierzę do tej pory. Niemcom niepotrzebny jest kontakt z bandziorami, ale widać, że będzie inaczej.
B.S.: Czy uważa Pan, że pomysł na biznes można opatentować?
A.G.: Nie, ale pomysł na połączenie inwestycyjne można. Po to wymyślono ustawę o nieuczciwej konkurencji, żeby właśnie nie dopuścić do takich rzeczy. To nie jest wolna amerykana. Wymyśliliśmy to pierwsi. Moim zdaniem PGNIG będzie po cichu przejęte przez kogoś, dla kogo ten tort jest przeznaczony, i o to tylko chodzi. Bo sama prywatyzacja PGNIGE też była fałszywie przeprowadzona, zaniżono jej wartość i też nikomu to nie przeszkadzało. Krótko mówiąc ci panowie od fałszywej inżynierii finansowej nie są ludźmi życzliwymi dla Polski. To są krętacze, którzy kiedyś się wyłożą na tym, a póki co egzystują, bo żyją w takim środowisku i w takiej materii.
B.S.: Premier Donald Tusk chce sprywatyzować jedną z najważniejszych dla istnienia polskich firm KGHM Polska Miedź. Czy według Pana byłaby to dobra droga dla niezależności energetycznej Polski i dla UE?
A.G.: Podobno się wycofuje. Ale tu nie można w ogóle mówić o takich argumentach, czy prywatyzując konkretną firmę robi się dobrze, czy źle. Tu trzeba dbać o co innego: żeby to działało na rzecz Polski. Nie można prywatyzować tylko po to, aby to skonsumować. Jeżeli te pieniądze z prywatyzacji nie będą szły na jakiś centralny fundusz rozwoju Polski, to są to stracone pieniądze.
B.S.: Współpracował Pan przez wiele lat z Rosjanami. Jakie doświadczenie, tudzież refleksje, nasuwają się Panu jeśli chodzi o tę współpracę? Czego się Pan nauczył?
A.G.: Rosjanie dla każdego kraju są rynkiem wielkich nadziei. Pierwsi zrozumieli to Niemcy, którzy mają dobre stosunki z Rosjanami. Mieli je zawsze, ale faktem jest, że nie graniczą z Rosją, co wiele ułatwia. Rosjanie za dużo nie mają, ich biznes opiera się na surowcach. To jest trudny partner i bardzo wrażliwy na swoim punkcie. Mnie się popsuły stosunki z Rosjanami jak przyszła inna władza; bardzo tego żałuję, ale to dzięki polskim „przyjaciołom”, którzy podpowiedzieli im nieprawdę. Zresztą później ci „przyjaciele” przyznali mi się do tego.
B.S.: Pod jakim względem Rosjanie są trudnym partnerem?
A.G.: W stosunkach z Rosjanami trzeba się szanować, nie można się na wszystko zgadzać, trzeba negocjować. Nie umiemy negocjować ze sobą. Mnie się udało, nie wiem dlaczego. Jedno trzeba powiedzieć, że Rosjanie szanują silnego partnera.
B.S.: Co Pan sądzi o słynnej wypowiedzi Putina, dotyczącej również Pana?
A.G.: Ktoś go celowo wprowadził w błąd.
B.S.: Czy blog, który Pan pisze, ma służyć do komunikowania się ze społeczeństwem?
A.G.: Ja się nie komunikuję. Tylko przedstawiam swoje myśli; po to, aby wyjaśnić jaka jest prawda, a nie po to, żeby się komunikować.
B.S.: Słynie Pan z ekscentrycznych pomysłów i fantazji, wybudował Pan w swoim ogrodzie kopię piramidy w Gizie, pomnik psa, a jako ateista postawił świątynię wielu wiar. Skąd się biorą te pomysły?
A.G.: Z niepokoju duszy. Na przykład przy sali balowej w lesie, którą buduję ostatnio, powstanie w oparciu o motywy włoskie świątynia dla czasu, który nadejdzie. Gdzie kapłani będą bić w dzwon. Dzwon jest już odlany, waży aż 600 kg. Będzie on zawieszony pod sklepieniem przepięknej, ażurowej, włoskiej świątyni miłości, rzeźbionej w marmurze. Przed każdym biciem dzwonu puszczony będzie fragment melodii „Warszawianki”. Pomysły biorą się z mojej szalonej głowy, jest to wyraz irytacji przed światem, który się zżera. Ostatnie dni spędziłem w Jerozolimie, gdzie trwały obchody związane z pierwszą rocznicą odsłonięcia Monumentu Tolerancji. Przy tej okazji poprowadziłem konferencję naukową poświęconą współistnieniu różnych religii obok siebie. Wygłosiłem też referat „Skutki globalizacji radykalizmu”. Skąd się to wzięło? Mój ojciec skończył filozofię i w szarych czasach mojej młodości dużo o tym rozmawialiśmy. Od ojca wiele zyskałem. W każdym razie ciągle poszukuję, mam ciągle pomysły, ale nie mogę już o tym mówić, bo się ze mnie śmieją. Na przykład z tego, że taki facet jak ja wybudował sobie piramidę.
B.S.: Właśnie, po co Panu ta piramida?
A.G.: Przede wszystkim jest piękna. To rzeźba architektoniczna i energetyczna. Zrobiłem ją z samych krawędzi bez ścian bocznych. Promieniowanie kształtu koncentruje się właśnie w krawędziach. Nie ma tam w ogóle metalu, jest to taki matematyczny model piramidy. Dużo słyszałem o jej specjalnych właściwościach.
B.S.: Lubi się Pan otaczać pięknem!
A.G.: Lubię zwłaszcza cały XVIII wiek, źle się czuje w naszych czasach. Sala balowa, którą buduję – to będzie dopiero cudo! Ktoś inny pewnie kupiłby sobie jacht czy samolot. A ja to wszystko chcę pozostawić w kraju, może ktoś kiedyś to obejrzy i pomyśli, że dosyć już z architekturą jednej płaszczyzny czy kąta prostego. Buduje coś, co było, jestem w tym zakochany. Biznes to dla mnie przygoda materialna i nic więcej. Nie czuję się rasowym biznesmenem. Otrzymałem w styczniu uznanie od jednej z największych organizacji, takie wyróżnienie dostają nieliczni, tam mnie zauważyli. A w Polsce jest do mnie niechęć polityków.
B.S.: Ma Pan wiele możliwości, życie można spędzić niekoniecznie koncentrując się na gazie…
A.G.: Ale je spędzam tak, jak chcę. Lubię na przykład pisać. Mam wiele swoich tekstów sprzed lat, których nigdy nie drukowałem.
B.S.: Na jaki temat?
A.G.: Różne, zawsze są to jakieś refleksje. Piękne są teksty o mojej miłości do syna. Najlepiej pisało mi się nocą na Wyspach Polinezyjskich. Miałem tam domek z widokiem na najpiękniejszą rzeźbę. Mam tam kolegę malarza – Francuz z pochodzenia, który żyje w kraterze wulkanu. Maluje przepięknie. Nie mogę już żyć maglowym banałem, który jest w Polsce. Jakby ktoś zahipnotyzował cały naród…
B.S.: Widzę, że boli Pana jednak ten temat….
A.G.: No tak, bo ja kocham Polskę i uważam się za patriotę, jak widzę tych idiotów, to same łzy cisną mi się do oczu, jak muszę tych przedstawicieli narodu oglądać.
B.S.: Gdyby tak cofnąć czas, czy jeszcze raz zdecydowałby się Pan na prowadzenie biznesu gazowego, wiedząc o wszystkich konsekwencjach, jakie mogą Pana spotkać?
A.G.: Tak, bo ten biznes ma jedną cechę: przez 4, 5 lat zrobiłem duży majątek. Nawiasem mówiąc, na początku nie wiedziałem, że taki duży. Mam zwyczaj nieliczenia, od tego jest mój przyjaciel – dyrektor finansowy. On wie wszystko najlepiej, ja nic – co może wydawać się dziwne, prawda? Nigdy nie liczyłem pieniędzy. Zresztą, całe życie ich nie miałem, żyłem na kontrolowanym kredycie, tak jak i moi rodzice. Dla mnie fakt, że mam pieniądze, jest potwornym zaskoczeniem.
B.S.: Z rozmachem wydaje Pan teraz te pieniądze?
A.G.: Jedno mogę o sobie powiedzieć: nie jestem tzw. nuworyszem. Nawet to wszystko co Pani nazywa szaleństwem, ma swój sens. Piramida ma sens, bo skłania do zadumy. Świątynia ekumeniczna wskazuje na to, że otacza nas wiele różnych wiar, ludzi i wyznań, że nie jesteśmy sami. Sala balowa – to jest to, że istniała kiedyś kultura domowa, nie było sal teatralnych, filharmonii, koncerty odbywały się w domach, ja chcę do tego wrócić. To jest miejsce na różne artystyczne wydarzenia. Nie chcę z artystów robić wyrobników, ja chcę ich czcić. Bo trzeba mieć wielki talent, żeby być artystą. Nasza fundacja wspiera takie młode talenty, wysyłamy je na studia, dajemy stypendia, ale jest jeden warunek – powrót do Polski. Organizowałem występy Teatru Bolszoj czy Orkiestry Filadelfijskiej La Scali i innych artystów zagranicznych w naszym kraju, ale od kiedy politycy zarzucili mi, że próbuję ich przekupić, zaprzestałem.
B.S.: Podobno były to imprezy zamknięte dla wąskiego grona…
A.G.: Trudno, żebym zapraszał całą Warszawę. Zapraszałem wszystkie warstwy społeczne, ale najwięcej młodzieży. A potem pan Jan Władysław Rokita napisał, że przekupuję, zresztą miał miejsce bojkot prawicy, a ja nie byłem ani lewy, ani prawy. Mam o nich wszystkich takie samo zdanie. Poziom polityków w Polsce jest tragiczny, choćby nie wiem co o sobie mówili.
B.S.: Ale też funkcjonuje Pan jako osoba, która swój kapitał zaczęła budować w oparciu o kontakty postkomunistyczne.
A.G.: Co? To jest właśnie czarny PR. W komunizmie zajmowałam się modą i eksportowałem wyroby przemysłu lekkiego. A potem zajmowałem się importem i eksportem wyrobów kolejowych. W socjalizmie nie mogłem dostać zatrudnienia za charakter. Po pracy w Moskwie organizacja partyjna wystawiła mi fatalną opinię. To, że w ogóle potem zostałem dyrektorem biura w Kolmexie , było przypadkiem. Następnie awansowałem na dyrektora naczelnego wbrew woli ministra, a z woli fabryk.
B.S.: Potem stracił Pan to stanowisko…
A.G.: 3 miesiące nic nie robiłem, słuchałem muzyki, odlałem się z balkonu, a następnego dnia otworzyłem firmę – najlepsze lekarstwo na frustrację. Nie radzę tego nikomu. Jestem trochę niezrównoważonym osobnikiem, mimo że wyglądam inaczej. Miałem różne przygody w życiu: odszedłem z politechniki na III roku, chociaż znakomicie się zapowiadałem jako inżynier. Jak sobie uświadomiłem, że będę pracował przy wielkim piecu, to powiedziałem „Dosyć tego!”. Wie Pani, że byłbym nieszczęśliwy przy tak wielkim piecu…
B.S.: No tak, nawet trudno mi sobie Pana wyobrazić przy tym piecu… A z jakich dokonań Pan jest dumny?
A.G.: Z żadnych. Staram się być skromny. Nie prowadzę rankingu dokonań. Lubię wszystko, a najbardziej kwiaty i zwierzęta.
B.S.: Nie żałuje Pan, że syn nie poszedł w Pana ślady i nie poprowadził wraz z Panem biznesu?
A.G.: Skąd! Ma prawo do swoich wyborów. Tyle tylko, że daje mi to dużo zmartwień, bo jego wyprawy są bardzo niebezpieczne. Na przykład ostatnio był na Biegunie Południowym, temperatura wynosiła tam -40, a w namiocie -10. Nawet sikać musieli do flaszeczek. Pingwin go trzepnął w ramię. Nie wiedział czy człowiek to wróg, więc go trzepnął. A jak pokazał mi zdjęcia z tej wyprawy, oszalałem! Teraz mam mieć wnuczkę.
B.S.: Gratuluję.
A.G.: Taka wnuczka „euro”, ponieważ mama jest Węgierką. Dlatego już zasadziłem 100 wierzb, powstał gaik wierzbowy i aleja z katalp, pięknych drzew. Przy teatrze w lesie zbudowałem stajnię. Na górze zrobiłem sobie dużą bibliotekę z widokiem na las, tam będę pracował.
B.S.: Wracając do listu otwartego do Tuska, jakiej reakcji Pan się spodziewał?
A.G.: Musiałem zadokumentować swoje poglądy, tylko o to chodziło, bo kiedyś oni się sami rozliczą. Uważam, że Tusk powinien natychmiast zrezygnować. On nadużywa swojej pozycji. Tworzy sztuczne przyjaźnie i jest fałszywy, ale podobno każdy polityk jest taki. Myślę, że jest to człowiek niskowymiarowy. Nawet nie wiem, jakie ma wykształcenie, chyba jest historykiem, czy tak?
B.S.: Tak, pan premier pisał pracę magisterską o Piłsudskim.
A.G.: Ja jestem fanem Piłsudskiego. Widzi Pani to małe popiersie Piłsudskiego? To jest prezent od wicepremiera Rosji. Nie wiem skąd wiedział o moich upodobaniach.
B.S.: No proszę…
A.G.: Mam też świadomość jego wad.
B.S.: A co Pana w tej osobowości najbardziej pociąga?
A.G.: Konsekwencja i patriotyzm. Człowiek żelaznej ręki i mądrej głowy, wysokojakościowy. Tusk Ameryki nie odkryje, jest słabiutki i nie ma przygotowania. To są ludzie krótkich etapów. Polityk – przywódca musi umieć widzieć poza horyzont.
B.S.: Czy według Pana po 89’ roku był ktoś, kto widział poza horyzont?
A.G.: Bez względu na intelektualne przygotowanie, to z całą pewnością myślał tak Wałęsa, choć w warsztacie był słabszy. Myślę, że Mazowiecki był trochę podobny do niego, a potem to już nikt.
Rozmawiała : Barbara Steć
Foto: Mirosław Stelmach
Teksty nadesłane przez Magazyn Polsko-Niemieckiego REGION Europy.












