Czy pełniona obecnie przez księdza rola Duszpasterza Polonii jest wyzwaniem?
Chciałbym zacząć od małego sprostowania. Nie jestem Duszpasterzem Polonii. Na razie co tydzień dojeżdżam z Knock, aby pełnić posługę kapłańską wśród Polaków. Bardzo się cieszę, że mogę tu być i służyć Polonii. Choć zdaję sobie sprawę, że jest to niemałe wyzwanie. Mam świadomość wielu trudności związanych z integracją emigrantów w nowym środowisku. Nie jesteśmy w Polsce i jeśli nie chcemy czuć się obco, musimy zaakceptować, a nawet polubić tutejsze zwyczaje. A wszyscy wiemy, że nie zawsze jest to łatwe - będąc wiernym własnej kulturze, jednocześnie otworzyć się na nową.
Jak przebiegało pierwsze spotkanie z Polonią w Galway, która dosyć długo czekała na powrót polskiego księdza?
Nie było wielkiego stresu, tym bardziej, że już wcześniej odwiedziłem Galway. Uczestniczyłem we mszy św., prowadzonej przez ks. Marka Kościółka tuż po katastrofie samolotu prezydenckiego w Smoleńsku. Zresztą, jako misjonarze musimy podejmować różne wyzwania.
Dużym zaskoczeniem dla uczestniczących we mszy św. był fakt, że po mszy ksiądz staje w drzwiach i podaje wychodzącym rękę.
Jest to zyczaj praktykowany od wielu, wielu lat, zarówno w Irlandii, jak i w Anglii. Po mszy ksiądz stara się wyjść, by pozdrowić parafian, by być z nimi i między nimi. Sprawy kancelaryjne mogą poczekać.
Jak to się stało, że ksiądz trafił do Irlandii, a tym samym do nas, do Galway?
Jeszcze przed święceniami napisałem podanie o wyjazd na misję. Myślałem o Boliwii, Tanzanii i Czechach…
A trafił ksiądz do najmniej egzotycznego kraju?
Po prostu taka była potrzeba. Zostałem zapytany przez mojego przełożonego w Polsce, czy chciałbym wyjechać na misję do Irlandii, do pracy z Polonią. Chciałem się nad tym zastanowić, pomodlić. W tym czasie zapytano mnie po raz drugi. Z zasady nie odmawia się przełożonemu, więc się zgodziłem.
Miał ksiądz pracować z Polakami, a tak naprawdę przez trzy lata nie miał ksiądz takiej możliwości.
Rozmawiała Iwona Mazurek














