Nie jestem dobrym człowiekiem -
- Rozmowa z NIKLASEM FRANKIEM, najmłodszym synem
Hansa Franka, niemieckiego generalnego gubernatora
- Żyje Pan z piętnem?
- Muszę umieć z tym żyć, przecież dotyczy to bądź co bądź mojego ojca. Biorę udział w wywiadach takich jak ten - to najlepszy dowód. Ale poza tym jestem najbardziej zabawnym człowiekiem, jakiego może sobie Pani wyobrazić. Moje artykuły zawsze miały w sobie dużo groteski i żartu. Pani artykuł prawdopodobnie też taki będzie (śmiech).
- Śni się Panu ojciec?
- O, to dobre pytanie. Ostatni raz przyśnił mi się jakieś trzy lata temu. Pamiętam dobrze: był ubrany w swój długi, czarny, skórzany płaszcz. Ja byłem znów małym chłopcem i dreptałem obok niego. Miałem w tym śnie straszne wyrzuty sumienia. Wyrzuty, że napisałem o nim książkę. Rzadko się zdarzało, abym budził się tak zdenerwowany.
- Żałuje Pan, że ją napisał?
- Nie, absolutnie, nie czuję się z tym źle. Zawsze żyłem po stronie zwycięzców, zawsze dobrze mi się wiodło, a w naszej kulturze obecne są pewne zapisane w podświadomości normy zachowań. Dlatego ciągle jeszcze nie przezwyciężyłem w sobie naturalnej chęci chronienia ojca.
- Podświadomie go Pan kocha?
- To nie chodzi o miłość. W moim siedemdziesięcioletnim życiu taki sen zdarzył się jeden jedyny raz. To raczej relikt mojego katolickiego wychowania. Wychowywałem się w Bawarii, gdzie czwarte przykazanie jest bardzo poważane.
- Ma Pan poczucie winy z powodu zbrodni, które popełnił ojciec?
- Wiele czasu poświęciłem na zdobywanie informacji o ojcu, przeszukiwanie archiwów, przeglądanie zdjęć, słuchanie przemówień. Mam dziewięć godzin nagrań, których często słuchałem podczas jazdy samochodem - inni kierowcy pewnie uważali mnie za wariata, bo cały czas kręciłem głową. Z tego powodu więź między nim a mną bardzo się zacieśniła. Teraz dochodzi do tego, że częściej mówię o nas, niż tylko o nim.
- Czy był moment, w którym powiedział Pan sobie: "Stop! Nie mogę brać na siebie win ojca, jestem dobrym człowiekiem i będę żył swoim życiem"?
- Po pierwsze - nie jestem dobrym człowiekiem. A po drugie, nigdy tego tak nie odczuwałem. Nawet gdy dokopywałem się do najbardziej makabrycznych informacji o moim ojcu, nigdy nie przekładałem tego na swoje życie. Wieczorem normalnie zasiadałem do kolacji - zawsze bardzo mi smakowała. Podczas pisania książki zawsze rano zjadałem wyborne śniadanie. Miałem taki okres, kiedy pisałem bez przerwy i powiedziałem wtedy ojcu z satysfakcją: "Wygrałem te bitwy przeciwko tobie!". - Kiedy uświadomił Pan sobie, kim naprawdę był Pana ojciec?
- Na jesieni 1945 roku. Zobaczyłem zdjęcia ciał pomordowanych Żydów. Były wśród nich dzieci takie, jak ja. Miałem wtedy siedem lat.
- To był błysk zrozumienia?
- Tak, to był ogromny szok. Ale bardzo zdrowy szok. Oczywiście, nie używałem wtedy w stosunku do ojca słowa "przestępca", ale czułem to pod skórą. Pamiętam taką jedną scenę. Pewien amerykański żołnierz chciał wyprowadzić matkę, mnie i dwójkę starszego rodzeństwa z naszej willi, postawić pod murem i rozstrzelać. Brat i siostra zaczęli strasznie płakać, a ja stałem bardzo spokojny. Stałem i myślałem - czy pani w to uwierzy, czy nie - że ten żołnierz ma rację! Jestem członkiem kryminalnej rodziny! Oczywiście, nie powiedziałem tego na głos. Ale ten żołnierz nie docenił siły i desperacji mojej matki. Tak na niego nakrzyczała, że przestraszył się i opuścił broń. To samo zrobiła z jednym pracownikiem przymusowym, który chciał zabrać jej rower. W końcu oddał jej go i uciekł.
- Choć był Pan zaledwie siedmioletnim dzieckiem, miał Pan świadomość, że dzieje się coś bardzo złego?
- Mój starszy brat i ja wiele miesięcy spędziliśmy w Krakowie. Cały czas towarzyszyła nam ta specyficzna atmosfera - że my, jako Niemcy, żyjemy tu, chociaż tu nie przynależymy, że jesteśmy w zasadzie przestępcami i dopuszczamy się najgorszych zbrodni. Ta atmosfera zagnieżdżała się w nas, psuła nas od środka. Pamiętam, że każdą zabawkę, którą dostawaliśmy od odwiedzających nas gości, od razu niszczyliśmy. Nie rozumiałem tego wtedy, ale scena niedoszłego rozstrzelania uświadomiła mi najdobitniej, że dzieje się coś nieprawego. Wszystko było nie tak, jak powinno być.
- Pamięta Pan śmierć ojca?
- Nie pamiętam samego momentu. To było 16 października 1946, krótko po pierwszej w nocy. Przebywaliśmy wtedy z rodzeństwem w czymś w rodzaju domu dziecka. Następnego dnia przyjechała do nas matka. Miała na sobie wiosenną sukienkę, chociaż przecież była późna jesień. Wzięła nas za ręce - ja byłem po jej prawej, a moja siostra Brigitte i brat Michael po lewej stronie. Powiedziała do nas: "Tatuś teraz jest w niebie, jest szczęśliwy i patrzy na nas z góry". Moje rodzeństwo zaczęło strasznie płakać, a ja stałem spokojnie. Doskonale wiedziałem, że został skazany. Matka upomniała ich, żeby nie płakali, kazała im brać przykład ze mnie. W tym samym momencie dała mi kuksańca w bok i powiedziała cicho: "Dlaczego nie płaczesz?".
- Wierzy Pan w skruchę i ponowne nawrócenie ojca w więzieniu, jak to podają przekazy?
- Ojciec pisał do nas do domu z więzienia dużo listów, wszystkie je jeszcze mam. Już wtedy, jako sześcio-, siedmiolatek miałem przeczucie, że te wszystkie wołania do Boga o łaskę to tylko forma fasady.
- Gdyby nie czyny ojca, byłby Pan teraz innym człowiekiem?
- Byłbym jeszcze zabawniejszy (śmiech). A tak na poważnie: trójka z czwórki mojego rodzeństwa uważała ojca za niewinnego człowieka, marionetkę w rękach Hitlera czy Himmlera. I cała trójka zmarła dość wcześnie. Tak jakby obrona kata - nawet jeżeli chodzi tu o osobę własnego ojca - wyssała z nich wszystkie siły witalne.
- Jak się Panu udaje utrzymać taką pogodę ducha i dobry humor?
- Przede wszystkim musiałem najpierw to wszystko z siebie - przepraszam - wyrzygać. Po drugie, życie jest zbyt piękne i zbyt mocne. Pewnie pomógł mi też w tym trochę mój ojciec. On zawsze mnie odrzucał. Rodzice przebywali w domu zbyt niewiele, żebyśmy mogli stworzyć normalną rodzinę.
- Dlaczego przyjeżdża Pan do Polski?
- To chyba jasne, że od samego początku moje serce biło dla Polski. Ale długo mnie tutaj nie było. Pierwszy raz po wojnie przyjechałem do Krakowa, gdy dla gazety "Stern" przygotowywałem odpis listy Schindlera. To było bardzo przejmujące doświadczenie. Powracały obrazy przechadzającego się tymi ulicami ojca... Idąc przez Stare Miasto cały czas zastanawiałem się, ile te mury mogłyby opowiedzieć o jego okrucieństwie. Odwiedziłem wtedy dyrektora Archiwum Fotograficznego, pana Klimczaka. Pokazał mi bardzo dużo zdjęć z tamtego okresu. Na jednym z nich wskazał palcem mojego ojca i powiedział: "Tu go masz, tu stoi ten drań". A ja wtedy pomyślałem tylko: "Panie Klimczak, gdyby pan wiedział, kto stoi za panem!" (śmiech).
- Dalej Pan ma takie uczucia, przechadzając się tymi ulicami?
- Nie. Jedyne co, to przypominają mi się zawsze te zdjęcia.
- Ta książka Pana oczyściła?
- Może oczyściła to nie jest dobre słowo, ale jej napisanie pokazało mi, że można kroczyć inną drogą, niż moje rodzeństwo. Książkę napisałem i została wydana w 1987 roku. Miałem wtedy mniej więcej 50 lat i ustabilizowane życie: zawód, dobre stanowisko, rodzinę. Żonę poznałem w wieku 22 lat i ja sobie tego nie przypominam, ale ona mówi, że już wtedy zapowiedziałem jej, że kiedyś napiszę książkę o moim ojcu.
Rozmawiała Jadwiga Nowak















