Gdzie diabeł mówi dobranoc...
Pierwsze słowa, jakie powiedziała po pojawieniu się w zakonie, brzmiały: „Ale ja wcale nie chciałam do was przyjść!” Marzył jej się szary habit, więc wstąpiła do zakonu szarytek (Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo). Nie wiedziała, że nazwa ta pochodzi od francuskiego słowa „charite” - czyli miłosierdzie - a stroje obowiązują w nim czarne. Najstarsza z ósemki rodzeństwa, marzyła, by zostać cukiernikiem. Ostatecznie skończyła zawodówkę o profilu ślusarz-mechanik. W zakonie wyszkoliła się na pielęgniarkę. W 2007 roku przyjechała do Irlandii. Niesie duchową posługę Polakom osadzonym w tutejszych więzieniach.
Aneta KUBAS PG : Jak to się stało, że wstąpiła siostra do zakonu? Kiedy narodziła się myśl, żeby poświęcić się życiu klasztornemu?
Siostra HALINA: Trudno powiedzieć, jak to się właściwie stało. Wychowałam się wielkopolskiej wiosce, takiej, w której diabeł mówi dobranoc. Pięć domów na krzyż. Byłam najstarsza z ósemki rodzeństwa – zawsze musiałam być tą mądrzejszą, dojrzalszą. Marzyłam o zawodzie cukiernika, ale niestety, nie udało się. Poszłam do pobliskiej zawodówki, profil ślusarz-mechanik. Decyzję o wstąpieniu do klasztoru podjęłam już jako dorosła kobieta - miałam 20 lat. Marzyłam o szarym habicie, wiec wybrałam zakon szarytek Niestety, pomyliłam się (śmiech), habity są czarne, ale jak powiedziała moja ówczesna matka przełożona – nie strój czyni nas szarytkami. Idea zakonu jest najważniejsza – niesienie pomocy potrzebującym.
A.K.: Jak na pomysł wstąpienia do klasztoru zareagowali siostry rodzice?
s.H.: Mama była przeciwna. Wtedy chodziła w ciąży z ósmym dzieckiem – miała już 45 lat i lekarze ostrzegali, że przy porodzie może umrzeć albo ona, albo dziecko. Martwiła się, że niemowlę zostanie bez opieki. Wtedy powiedziałam: „Jeżeli przeżyjecie, idę do klasztoru, jeśli byś umarła, wezmę je na wychowanie”. No i Bóg chciał, żeby wszystko dobrze się skończyło. Moja babcia z kolei mówiła: „Kto tam z tobą wytrzyma”. Byłam strasznie pyskata i zawsze wiedziałam lepiej (śmiech).
A.K.: Po 32 latach posługi w polskich klasztorach trafiła siostra do Irlandii. Jak to się stało?
s.H.: Jeszcze jako młoda siostra marzyłam o wyjeździe na misję. Moje przełożone o tym wiedziały i kiedy polskie duszpasterstwo w Irlandii zgłosiło, że jest potrzeba niesienia posługi na wyspie, zaproponowały to mnie i jeszcze jednej siostrze. Zgodziłam się z chęcią, uznałam to za szansę, chociaż szczerze mówiąc, do końca nie wierzyłam, że wyjadę. W październiku 2007 roku jednak stało się to faktem. Najpierw przez pół roku przebywałam w domu prowincjalnym szarytek w Blackrock pod Dublinem, a potem zostałam skierowana do pracy w stolicy.
A.K.: Jak to się stało, że siostra zaczęła nieść posługę do więzień?
s.H.: Siostry z mojego zgromadzenia pracowały tutaj wcześniej jako kapelanki więzienne. Kiedyś zostałam poproszona, żeby iść do Polaka, który potrzebował duchowego wsparcia. Ta pierwsza wizyta była straszna. Okropnie się denerwowałam, nie mogłam słowa z siebie wydusić. Ale potem odwiedzałam kolejnych osadzonych i było coraz lepiej.
A.K.: Czy wielu naszych rodaków przebywa w tutejszych więzieniach? Za co najczęściej odsiadują wyroki?
s.H.: Ostatnio na mszy zorganizowanej w Clover Hill Prison było 20 Polaków. W pozostałych dublińskich więzieniach odwiedzam w sumie około 10 osób. Wyroki są różne – od drobnych po te naprawdę poważne. Jeden z nich otrzymał pięć kar dożywocia. Część trafiło za kraty przypadkiem, dla innych więzienie jest właściwie domem. Najczęściej są to wyroki za pobicia, rozróby po alkoholu i narkotyki.
Utkwiła mi w pamięci dziewczyna, która odsiadywała tu wyrok – już wróciła do Polski. W kołach samochodu, którym przyjechała ze swoim chłopakiem do Irlandii, znaleziono narkotyki. Przyjechała na tydzień, zwiedzić wyspę, a została na 1,5 roku w więzieniu.
A.K.: Jak Polacy są traktowani w zakładach karnych?
s.H. Niestety, inaczej niż Irlandczycy – nie …
Czytaj więcej na łamach Polsiej Gazety w Irlandii














