W czasie dziennikarskich wędrówek poznałem wielu ciekawych ludzi, dobrych, złych, złośliwych, zawistnych i takich, którzy póki oddychają, mają nadzieję. Do takich niewątpliwie czyniących dobro, pogodnych, umiejących żyć godnie należy Marta.
Imię, imiona, nazwisko - krótko o sobie?
- Marta Ewa Jenner Urodziłam się blisko pół wieku temu w Krakowie i mam nadzieję, że spędzę tu resztę życia. Lubię dalekie podróże, ale najmilszy jest zawsze powrót do domu. Studiowałam... Właśnie, gdzie ja właściwie studiowałam? Kiedyś to była Wyższa Szkoła Pedagogiczna im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie, potem – Akademia Pedagogiczna, a dziś piszę w CV „Uniwersytet Pedagogiczny”. Zawsze chciałam iść na polonistykę, ale przestraszyłam się egzaminu wstępnego z historii i wybrałam filologię rosyjską. Przewrotny los sprawił, że na pierwszym roku przyszło mi zdawać istną „kobyłę” - historię Rosji i Związku Radzieckiego... A filologia polska i tak mnie nie ominęła.Przez wiele pracowałam w szkole – pierwsze kroki w zawodzie stawiałam w technikum i zawodówce, gdzie uczniowie przerastali mnie o pół głowy, więc czasem wpadali na mnie na korytarzu. Zdarzyło mi się usłyszeć następujący dialog dwóch dryblasów:
- Co ty, oczu nie masz? Przeproś panią profesor!
- Przepraaszam... Na stronie: A, bo plącze się takie małe pod nogami...
Pierwsza szkoła mieściła się po sąsiedzku – w kamienicy obok, za to do następnej przyszło mi jeździć aż za Wieliczkę. Kiedy tam zawitałam osiemnaście lat temu, pomyślałam, ze znalazłam się w scenerii „Ani z Zielonego Wzgórza”: stareńki nieduży budynek, maleńkie sale lekcyjne ze staroświeckimi ławkami i piecami węglowymi, ręczny dzwonek i klasy liczące od kilku do kilkunastu uczniów. Chyba to mnie właśnie zauroczyło. Potem szkołę rozbudowano i dziś zamiast podstawówki jest tu gimnazjum. Szkoda.
Ten rok szkolny jest moim ostatnim, ponieważ zdecydowałam się zmienić zawód. Na jaki? Na razie zachowam to dla siebie, żeby nie zapeszyć!
Ponad rok temu spróbowałam sił w serwisie Wiadomości24pl i do dziś nie mogę przestać pisać. To chyba jakiś nałóg... Przy okazji udało mi się spłodzić powieść z gatunku fantasy, która na razie kryje się w czeluściach twardego dysku, ale może kiedyś ujrzy światło dzienne.
Co najchętniej wspominasz z dzieciństwa?
- Wspaniałe chwile spędzałam z najlepszym przyjacielem, Tomkiem. Posadzono go ze mną za karę (dla ośmiolatka dzielenie ławki z dziewczynką to straszny dyshonor), ale rezultat okazał się odwrotny do założonego przez wychowawczynię. Od tej pory rozrabialiśmy we dwójkę, a mieliśmy naprawdę bogatą wyobraźnię: spaliliśmy obrus w efekcie jakiegoś pirotechnicznego eksperymentu, zrobiliśmy dziurę w ścianie podczas poszukiwania skarbów, usiłowaliśmy rozpalić ognisko w pokoju... Kiedy dziś się spotykamy, oboje jesteśmy zdziwieni, że nasze dzieci są takie spokojne.
Co najchętniej wspominasz z okresu nauki?
- Mam same miłe wspomnienia ze szkoły podstawowej – może dlatego, że to dość odległe czasy, a pamięć działa wybiórczo, odcedzając to, co nieprzyjemne. Za to doskonale pamiętam półroczny pobyt w Moskwie, w Instytucie Języka Rosyjskiego im. A. Puszkina. Pojechaliśmy tam na trzecim roku studiów i nagle znaleźliśmy się w wielokulturowym, wielonarodowościowym i wielorasowym świecie miasteczka studenckiego. Poznaliśmy młodych ludzi z Europy Zachodniej, Stanów Zjednoczonych, RPA, Mali, Madagaskaru, Wenezueli, Brazylii, Peru, Japonii, Wietnamu, Mongolii, Libanu, Syrii – kolorowy zawrót głowy dla przedstawiciela „demoludów”. Atmosferę tego miejsca starałam się odtworzyć w artykule pt. „Wigilia pod czerwoną gwiazdą” http://www.wiadomosci24.pl/artykul/wigilia_pod_czerwona_gwiazda_120030.html.
Najgłupsza rzecz, którą zrobiłeś?
- Och, głupstw popełniłam mnóstwo i pewnie niejedno jeszcze przede mną! Jednym z wielu była nieprzemyślana zmiana planów podczas wycieczki w Tatry – skończyło się to schodzeniem do Doliny Kościeliskiej w środku nocy, przy słabiutkim świetle latarki. Trzeba jeszcze było dotrzeć na Bystre, a ostatni autobus już dawno odjechał – do dziś jestem wdzięczna sympatycznemu właścicielowi „malucha”, który o północy zabrał z szosy dwie zadyszane i ubłocone pannice... I wcale nie żałuję tego głupstwa – nie ma nic piękniejszego, niż tatrzańska dolina w blasku księżyca!
Największa porażka?
- Z poczuciem porażki odchodzę ze szkoły, w której przepracowałam wiele lat. To zabrzmi strasznie patetycznie, ale praca nauczyciela nie była przypadkowym wyborem i bardzo dużo dla mnie znaczyła. Niestety, nie umiem dłużej bezradnie patrzeć na kolejne niedorzeczne eksperymenty oświatowe. Edukacja na pewno pozostanie najważniejszym tematem moich artykułów – nie odpuszczę!
Jakich ludzi cenisz?
- Szanuję ludzi, którzy łączą głęboką empatię z asertywnością, bo sama miewam z tym problemy. Cenię tych, którzy odróżniają zaangażowanie od zacietrzewienia i potrafią czasem pośmiać się z siebie samych.
Jakich ludzi omijasz?
- W znakomitej powieści Pratchetta i Gaimana pt.„Dobry omen” pada stwierdzenie: „Ludzie przeważnie nie są źli, po prostu czasem dają się porwać jakiejś idei.” Omijam tych, którym ta idea przesłania innych ludzi.
Czego w życiu nie znosisz?
- Chaosu i bałaganu pod każdą postacią. Chyba cierpię na zespół natręctw przejawiający się organizowaniem i porządkowaniem wszystkiego wokół siebie. Bardzo denerwuje mnie brak konsekwencji w działaniu.
Twój ulubiony film?
- Wszystkie filmy Stanisława Barei.
Twoja ulubiona muzyka?
- Kobietą jestem, więc sprawia mi przyjemność słuchanie śpiewających mężczyzn, od śpiewaków operowych po gwiazdy rocka. Co się wcale nie wyklucza, skoro mój ulubiony rockowy album nosi tytuł A Night at the Opera...
Piosenka, którą nucisz?
- Harmonijne połączenie pięknej muzyki z porywającym tekstem, czyli “Dance me to the end of love” Leonarda Cohena.
Kogo / co/ zabrałbyś na bezludną wyspę?
- Ingrid - moją córkę, która potrafi znaleźć wyjście z każdej sytuacji. I jeszcze kufer wypełniony po brzegi książkami Terry’ego Pratchetta, bo obie za nim przepadamy. Nie sądzę, żeby udało się zostawić na stałym lądzie Neo, naszego psa...
Czego nie lubisz?
Nie zmuszę się do przełknięcia podrobów. No, może w obliczu śmierci głodowej... A już na pewno nie popiję ich koniakiem.
Ulubiona potrawa, czy potrafisz ją przygotować? ( Czy możesz podać przepis?)
- Jako leniuch i antytalent kulinarny najczęściej przygotowuję chili con carne w wersji uproszczonej. Rozgrzewam na patelni nieco oliwy, wrzucam posiekaną w kosteczkę cebulę, a kiedy się zeszkli, dodaję drobno posiekany czosnek i mielone mięso wołowe lub wieprzowo-wołowe. Gdy się podsmaży, dodaję pomidory w zalewie, suszoną papryczkę chili, trochę słodkiej papryki, bazylii, oregano i kminku. Po dwudziestu minutach dorzucam czerwoną fasolę i kukurydzę (obie z puszki), doprawiam pieprzem i solą. Jeszcze 5 minut i gotowe. Proporcji wolę nie podawać – moje chili bywa szokująco ostre!
Co najchętniej robisz ?
- Spaceruję kilometrami brzegiem morza lub idę w góry – niestety, nie da się tego robić codziennie. Na szczęście równie chętnie czytam i piszę.
Czego nigdy byś nie zrobiła ?
Hmm... Życie pokazuje, że zwykły, szary człowiek w określonych warunkach bywa zdolny do najszlachetniejszych czynów i do najgorszej podłości, więc lepiej nie szafować słowem „nigdy”. Powtórzę za Szymborską: „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”.
Twoje credo życiowe?
- Dum spiro, spero.
Czym się kierujesz w życiu?
- Doświadczenie mnie nauczyło, że Horacy miał rację, kiedy radził: „Nie czekaj jutra, dziś miej na względzie”. Tego się trzymam. Staram się w każdym dniu odnaleźć coś pozytywnego i codziennie czegoś dokonać, choćby te dokonania były malutkie albo wręcz mikroskopijne.
Tekst pierwotnie publikowany na W24.pl













